Obiecałeś mi lody!

Niedzielne przedpołudnie mijało leniwie. Powoli odchodziły w zapomnienie wszystkie złożone obietnice i zapewnienia dotyczące spędzenia weekendu. Lody na rynku, basen, udział w szkolnym turnieju ping-ponga, wyjście do ZOO – szczęśliwie udało mi się skutecznie zmylić przeciwnika i nie pojawić na żadnej z wyżej wymienionych imprez. Czas grał na moją korzyść – każda godzina zmniejszała prawdopodobieństwo udziału w jednej z tysięcznych, weekendowej atrakcji. Dodatkowo, dni są teraz krótkie, a ładna, słoneczna pogoda to wyjątek. Aż grzech nie wykorzystać takiego pięknego dnia w przededniu zimy. Innymi słowy, pławiłem się w grzechu.

– Przecież obiecałeś… – Marek był niepocieszony. Był już wczoraj na podwórku z kolegami, odrobił lekcje, pobawił się dziś rano kolejką elektryczną oraz rozegrał 18 partii w JackJoga na swoim tablecie, ale mimo tych atrakcji cały czas nie mógł się doczekać obiecanego wspólnego wyjścia na miasto.

– Widzisz, synu, pogoda się psuje, nadciąga atlantycki niż. Jaskółki szukają już bezpiecznych kryjówek przed nawałnicą i lodowatym wiatrem… – tłumaczyłem potrzebę dalszego siedzenia przed telewizorem, zerkając z nadzieją na niebieskie niebo za oknem. Niestety, ni chmurki. Zbliżającym zmierzchem również nie mogłem się wymigać. Było za wcześnie. – Mam mnóstwo spraw do nadrobienia, nie wyrwę się tak nagle… Czytaj dalej

Projekt „Grunwald”

Projekt GWW sali konferencyjnej na 45 piętrze znajdowało się pięciu ludzi. Zajmowali jedynie niewielką część pomieszczenia obliczonego na znacznie liczniejsze zgromadzenia. Jeden z nich stał i mówił, pozostali słuchali, choć widać było, że trwająca już trzecią minutę przemowa to zbyt długo dla odbiorców nieprzyzwyczajonych do dłuższego słuchania ze zrozumienem. Pierwszy z lewej od mówiącego kręcił kciukami ze skupioną miną, tak jakby napędzał ręcznie ten potok słów, drugi patrzył zawzięcie w okno i poruszał bezgłośnie wargami, zdałoby się komentując koncepcje urbanistyczne na zewnątrz, pozostali sprawiali wrażenie zasłuchanych, ale wprawny obserwator mowy ciała dostrzegłby niechybnie objawy „odpływania”.
– Panowie! Dostaliśmy zlecenie na grę edukacyjną „Grunwald 1410”. Jest to dofinansowany przez Unię Europejską projekt dla szkół w Polsce i Niemczech, mający za zadanie przekazać w atrakcyjnej formie wydarzenia historyczne sprzed sześciuset lat. Użytkownik powinien w każdym momencie gry spotykać potwierdzone fakty i prawdę historyczną. Jednym słowem uczyć się historii. Jedynym odstępstwem jest wynik bitwy. Gra ze swojej definicji nie może być z góry przesądzona, dlatego mogą ją wygrać zarówno wojska polsko-litewskie, jak i Krzyżacy.
– A jak było wtedy? – ożywił się jeden z „odpływających”.
Zapadła chwila milczenia. Prowadzący zebranie powiódł pytającym wzrokiem po siedzących. Ruch kciuków ustał, jak również bezgłośne komentarze odnośnie linii zabudowy. Wszyscy zebrani poruszyli się nerwowo w fotelach, patrząc po sobie szukali w oczach kolegów odpowiedzi. Ale niczego nie znaleźli. Prowadzący westchnął.
– Wygrali Polacy i Litwini, królem Polski i Litwy był wtedy Władysław Jagiełło. Bitwa odbyła się na Pomorzu. Sądziłem, że to jasne. Słuchajcie, to zlecenie to intratny kontrakt dla naszej firmy. Planowana jest cała seria o wielkich wydarzeniach historycznych i mamy szansę zdobyć kilka kolejnych zleceń. Dlatego proszę, nie spierdolcie sprawy. Aha, jest jeden warunek stawiany przez zleceniodawcę w tym projekcie. Jest on powiązany z realizacją unijnego priorytetu współpracy transgranicznej, przezwyciężaniem barier komunikacji i kreowaniem tła historycznego w duchu przyjaźni…
– Czyli, że co? – Cel priorytetu nie był zbyt jasny dla nikogo.
– Czyli, że nieprzypadkowo jest was dwóch z Niemiec i dwóch z Polski. Macie tworzyć to wspólnie, poznawać historię i siebie nawzajem. Każdy przez pryzmat swojego postrzegania tego wydarzenia i ze swoim tłem kulturowym. Założeniem jest, że Hans i Joerg programują postacie z Polski, Litwy i z sojuszniczych wojsk, a Stefan i Marek Krzyżaków i ich sojuszników.
– Oni naszych, a my ich. Sprytne. Trzeba będzie trochę podłubać w archiwach…
– Tak, ale, mhm, jest problem… Termin oddania mija za dwa tygodnie. Wiecie, procedury przetargowe, dokumentacja. Prezes był na urlopie, podpisy na umowie złożono wczoraj.
Przez salę przeszedł jęk zawodu. Za dwa tygodnie? Przecież nawet oprogramowanie wyświetlacza na żelazku trwa ponad tydzień!
-Ee, tam. Macie przecież już gotowce. Kwestia dopracowania szczegółów i drobnych przeróbek. Zlecenie to zlecenie. Jeżeli się nie podejmujecie, to Sofitech chętnie przejmie temat. Spieszno wam na zieloną trawkę? Czytaj dalej

Przejście A8 (fragment)

Stojące na biurku dwie ulubione figurki Wątroby, Zawisza Czarny i Kataryniarz, uśmiechały się ironicznie: „Oj, niezdrowo się prowadzimy!”. Wątroba odwrócił je do ściany i pił kawę patrząc się tępo w punkt, choć nie, tylko tępo, bez definiowania punktu oparcia wzroku. Zegar chodził jeżeli mówimy o wahadle, stał, jeżeli mówimy o wskazówkach. W przedsionku ruch się nasilał, już rosła kolejka tych, którym coś ukradziono, albo oni coś ukradli i teraz chcą to oddać i przeprosić. Wątroba się uśmiechnął, lubił takie żarty, takie myśli surrealistyczne, że złodziej oddaje łupy, bo go sumienie ruszyło, że staruszkę okradł, że ta staruszka to jak matka, a matka to ojczyzna, a ojczyzna to…

– Chwiejczak, kim jest dla was matka? – zagadnął posterunkowego, który już się rozkładał z protokołami na biurku.

– Matka to matka, panie komisarzu – zameldował posłusznie Chwiejczak. Po wzroku widać było, że duszę całą włożył w tę opinię.

– No, coś takiego? A po czym to poznajemy? – ciągnął ze złośliwą wesołością Wątroba.

– Po…, po…- zaczął Chwiejczak – po prostu się wie.

I znowu było wszystko w porządku. Nawet na figurki Wątroba się odbraził i już go mogły znów obserwować, choć łypał na nie podejrzliwie od czasu do czasu. Taki rycerz i niespełniony muzyk to niezłe świry. Wskazówki zegara wreszcie drgnęły. Do roboty!

Po chwili dyżurny przyniósł wezwanie, znaleziono zwłoki. Odległa dzielnica miasta, zakamuflowane w rowie na terenach zielonych.

– A nie może Wróżka jechać, Wróżka, Wró… No, zwiał! I to jest niby mój podwładny, dobra Chwiejczak, jedziemy. Bierz furę!

– Tak jest.

Na północy miasta są płaskie tereny położone nad leniwie toczącą szare wody rzeką. Okolice te są ulubionym obszarem ekspansji miasta przez firmy deweloperskie, łatwo tu uzyskać zezwolenie, a wiosenne rozlewiska rzadko zmieniają się w powódź, najwyżej raz na dwa, trzy lata. Wzdłuż wałów i ścieżek ciągną się rowy melioracyjne porośnięte trzciną, w rowach tych spokojnie sobie leżą stare pralki, dziurawe gumowce, stłuczone kafelki, a nawet jedna blaszana beczka, z której cieknie coś maziowatego bardzo powoli. W takich rowach leżą również trupy. Ekipa Wątroby podjechała kołysząc się majestatycznie na wykrotach drogi dojazdowej. Techników i dzielnicowego widzieli już z daleka, teren był płaski i bezdrzewny.  Wątroba wyszedł na powietrze, podszedł do niego bardzo przestraszony dzielnicowy.

Czytaj dalej

Szary cień (fragment)

Początek

Obudziłem, obudziłem się na tej zgniłej, śmierdzącej, się śmierdzącej powło… podłodze. Fabryka, fantasmatagoryczne czy coś tam, ten tego, wspomnienia. Nie bieżące, brak marzeń, brak resetu i coś nie tak. Nie umiałem zasnąć, tak, tak, zaraz, nie umiałem i to był początek. Początek czy koniec, nie wiem i wiedzieć nie chcę, nie mogę, nie rozumiem.

Ściana, cegła, żarówka, miłość, nie, miłość nie… bo… bo nie. Jestem tu czy tutaj i na razie generuję dane przy ziemne, jak wstanę, to będą one przyziemne. Mgła zasuwa, zasnuwa, ale i zasuwa po oczach, daje, pędzlem rozmazuje świat, chwilowy, mały, poobstukiwany świat, w tym czymś, gdzie teraz jestem. Czyli gdzie? I po co? Pietuszki?

– Nie! – słyszę głos.

Głosie, kim ty, kurwa, jesteś?

– Wstań! – znowu głos. Wstaję, choć głos nie mówi, jak mam wstać.

– Szybciej! – zaczął mówić jak. Nie mogę szybciej i boję się, że mnie to coś zaraz zajebie przez to wolne wstawanie, przez tę moją wolność czy ucieczkę do wolności, raczej od wolności.

– Szybciej! Bo cię zaraz zajebię przez tę twoją wolność, czyli ucieczkę gdzieś tam – przedrzeźnia mnie głos.

Czytaj dalej