Dnia ani godziny

Jak zawsze, dzień jak co dzień. Za oknem jesienna szaruga, wiatr łomocze w załomach biurowca, dudni deszczem o szyby. Nieco chłodu przemyka przez szpary w oknach, ale niewiele – rozpływa się niezauważalnie wśród ciepła bijącego z grzejników.

Pootwierane okna przeglądarki, dziesiątki. Obok notes w linie, kartki gęsto zabazgrolone rzeczami do zrobienia. Podkreślenia, skreślenia, odhaczone pozycje listy. Post-ity. Brudny kubek po kawie. Ze stojącego parę biurek dalej głośnika płynie muzyka. Nie do końca ta, którą lubił, ale to nie jest takie ważne. Byle coś szemrało w tle. Nie radio, sama muzyka. Wszyscy zapracowani.

Czytaj dalej

Samemu Bogu chwała (fragment)

Autor: Aleksander Kowarz

PROLOG

sbchPustynne słońce, wiszące wysoko na nieboskłonie, paliło niemiłosiernie. Powietrze drżało pod jego promieniami. Zdawało się, że sam złocisty piasek się poci. Wiatr nie chłodził, lecz potęgował upał.

Na horyzoncie, pośród falujących z gorąca gór, pojawiła się ciemniejsza kropka. Rosła z każdą chwilą, aż można było rozpoznać ludzką sylwetkę. Mężczyzna był wysoki i szczupły, szedł pewnym, równym krokiem, choć piasek parzył mu stopy poprzez podeszwy butów. Nosił luźne spodnie i koszulę, głowę osłaniał zawój przewiązany sznurem. Usta, dla ochrony przed piaskiem, który niósł wiatr, osłaniał materiałem. Wszystko w jasnych kolorach, które odbijały promienie słońca. Skrawek ogorzałej twarzy, jaki można było dostrzec wokół oczu, pozwalał się domyślić, że mężczyzna sporo czasu spędzał na słońcu.

Szedł prosto ku samotnej skale, w cieniu której znajdował się obóz. Pod wielką płachtą materiału, rozpiętą na czterech stalowych żerdziach, kręciło się kilku ludzi. Wąski stół zastawiony był sprzętem. Laptop i niewielka antena pozwalały na utrzymywanie łączności satelitarnej. Obok stały zaparkowane dwa samochody. Obozu pilnowali uzbrojeni strażnicy. Któryś z nich spojrzał w kierunku gór i dostrzegłszy nadchodzącego przybysza krzyknął coś po arabsku. Na te słowa siedzący przy laptopie mężczyzna podniósł się. Był postawnym brunetem w wieku około czterdziestu lat. Starannie przystrzyżone wąsy i broda okalały jego usta. Stanął przed namiotem i osłaniając oczy spojrzał w kierunku, który wskazywał palcem jego towarzysz. Uśmiechnął się pod nosem, zabrał ze stołu butelkę wody i wyszedł na spotkanie wędrowca.

Czytaj dalej

Wolność absolutna

Trochę może naiwny, ale przez to dla mnie pamiątkowy i uroczy tekst z ubiegłego tysiąclecia jeszcze, bo z 1999 r.  Zamieszczam i zapraszam do lektury, tylko dzięki nadludzkiej sile woli powstrzymując się od wprowadzania w nim poprawek – ale niech taki zostanie, historycznie niepoprawny i prosty.

*  *  *

Wolność. Pierwsze o czym myślę w tym wolnym kraju. Pierwsze skojarzenie z tym systemem. Każdy jest wolnym człowiekiem. Może więc robić, co mu się podoba.

Zdążyłem do mieszkania przed deszczem. Przemierzyłem pokój nie zdejmując butów ani ubrania i od razu zamknąłem na noc okna. Zanim zatrzasnąłem żelazne okiennice, wyjrzałem jeszcze po raz ostatni dzisiaj na zewnątrz. Wieczorne niebo było ciężkie chmurami. Na ulicy pustka. Wiatr porywał śmieci z pustego chodnika. Dzwoniły porzucone w podwórzu butelki.

Zaryglowałem okiennice. Domknąłem je szczelnie, zaciemniłem szyby. Pierwsze krople deszczu uderzały tępo w parapet. W oddali coś zagrzmiało. Detonacja? Nie, chyba burza. Człowiek niczego nie jest pewien, pomyślałem  i  wróciłem do fotela.  Zrzucając z siebie po kolei  brudną kurtkę puchową  kamizelkę kuloodporną i dziesięciodniowej świeżości podkoszulek zastanawiałem się przez chwilę, gdzie tu jest sens.

Tu, czyli na tym świecie. Tym świecie. Bo miałem nadzieję, że istnieją lepsze.

Wyjąłem z torby na chleb swojego obrzynka i wysypałem z kieszeni kilkanaście sztuk amunicji. Spojrzałem na to wszystko krytycznie. Trzeba będzie skombinować coś nowego. Nie jakiś złom, tylko coś porządnego. Źródło i gwarancję życia. Tymczasem schowałem swój arsenał pod łóżko i przeliczyłem pieniądze. Mało tego było. Gdyby nie wczorajsza wpadka, byłoby trochę więcej.

Zatrzeszczało  radio.  Wstałem  z  westchnieniem  i  podszedłem do nadajnika.  Założyłem  słuchawki  i wetknąłem wtyczkę do gniazda. Czytaj dalej

Nie rzucim – fragment 1

Gdy doniósł na miejsce ostatnie naręcze pociętych brzozowych pni, po prostu rzucił je bezładnie na wierzch starannie ułożonego sągu drewna, oparł się o niego ręką i oddychając szybko z wysiłku, powoli osunął się na ziemię, siadając w jego cieniu i przyklejając mokre plecy do ściany z szorstkich, pospiesznie ściętych polan. Sięgnął porysowaną, śliską od potu ręką i podrapał się po karku, strzepując na oślep jakiegoś wędrującego po nim insekta. Poprawił wpijającą mu się w piersi pod koszulą uprząż – nie była wygodna, ale wolał mieć jej zawartość przy sobie. Odetchnął głęboko i rozejrzał się.

Letni las stał w bezruchu. Gorącego powietrza nie mącił żaden powiew — ani tu, w podszycie, ani pośród niewysokich wierzchołków sosen. Cała polanka, na brzegu której piętrzył się ułożony z drewna prostopadłościan, usiana była plamami blasku, jaskrawo rozświetlającego dojrzałą już zieleń runa. Dzięki rzadkiej roślinności widoczność we wszystkich kierunkach była całkiem niezła, mógł sięgnąć wzrokiem aż na kilkadziesiąt metrów między stojącymi na baczność, jednakowo brązowymi pniami.

Wytarł wierzchem dłoni powoli pełznącą mu w dół po brudnym czole kroplę i wymacał w jednej z kieszeni spodni nieco zapiaszczony i wilgotny od wszechobecnego potu radiotelefon. Wyciągnął go, wybudził ze stanu uśpienia, wytarł wyświetlacz o skrawek suchej nogawki i spojrzał na ekran: brak prób połączeń ani wiadomości. Jeszcze raz powoli potoczył wzrokiem naokoło i wstał, aby spenetrować także las za swoimi plecami. Zastygł w bezruchu.

Pusto i cicho. Czytaj dalej