Blask

Siedział na niewielkim i niewygodnym, ale zadziwiająco solidnym krzesełku przed kawiarnią. Na małym, okrągłym stoliku przed nim stał pusty kartonowy kubek po kawie z nadrukowanym słabej jakości offsetem napisem Coffee Paradise i obejmujące go czule zausznikami jego ulubione okulary przeciwsłoneczne. Z początku usiadł tyłem do światła, ale po chwili przesiadł się na drugą stronę stolika, aby niskie, wiosenne, ale zaskakująco silne słońce mogło świecić mu prosto w twarz. Nie widział przez nie dosłownie nic – bo o tej porze roku prażyło już całkiem nieźle – ale nie przejmował się tym. Bo usiadł tu nie tylko dlatego, że nie lubił – jak nakazywała jakaś dziwna, ale najwyraźniej bardzo powszechna moda – pić kawy w trakcie energicznego marszu chodnikiem, jakby niesiony przed sobą, parzącym palce kubek był z jakiegoś niezrozumiałego powodu powodem do dumy, ale także dlatego, że postanowił właśnie tym słońcem, rzadko ostatnio się pojawiającym, choćby przez chwilę się nacieszyć. Czytaj dalej

Znów w starych kątach

Podłoga była twarda i pokryta miejscami grubą warstwą pyłu i okruchami gruzu. Pozostawiała na palcach ów nieprzyjemny, kredowy ślad, którego tak trudno się zawsze pozbyć („Kto jeszcze pamięta kredowe tablice z podstawówki? Czy jestem aż tak stary?”). Oddychając z twarzą tuż przy jej powierzchni, mimo woli wciągał przy każdym wdechu nieco tego pyłu do płóc. Miał go w ustach.

Perspektywa niknęła w ciemności. Mrok spowijał ściany, kiedyś pomalowane na jasne kolory, obecnie pokryte wilgocią i ciemnym nalotem pleśni i Bóg wie czego.

Podniósł się obolały z podłogi. Odetchnął nieco głębiej nieruchomym, wilgotnym powietrzem i splunął, pozbywając się przynajmniej części pyłu z ust.

„Tyle tego nigdy tu nie było,” pomyślał. Był pewien, że to wina starego suporeksu ściany szczytowej budynku, w której zionął duży otwór – jedyne wejście i droga, którą dostał się do wnętrza. Miękki, jasny materiał budowlany, projektowany z myślą o termoizolacji w budownictwie mieszkaniowym i wiejskim, nie stanowił żadnej bariery dla kilkudziesięciokilogramowych pocisków ciężkiej artylerii.

Po deszczowej nocy spędzonej w tej w miarę suchej kryjówce bolało go dosłownie wszystko. Od głowy, przez podziębione przedwiośniem gardło, po nie oszczędzane w ostatnich tygodniach mięśnie i stawy.

Choć przez zabite wieloma warstwami jakichś płyt i pojedynczych łat okna nie przedostawało się żadne światło, wystarczył rzut oka na szeroką jak drzwi od garażu wyrwę w ścianie, by nabrać pewności o nadchodzącym świcie.

Co nas wciąga?

Co ciągnie nas do zanurzenia się w czyjejś historii? Czy jej podobieństwo do naszych spraw – to, że możemy się utożsamić z bohaterami, że widzimy zbieżność ich problemów z naszymi? Czy też wręcz przeciwnie – to, że możemy się oderwać od rzeczywistości i przenieść w inne czasy, w inny świat, wśród inne postacie?

Nie rozglądać się

Myślę, że to jest właśnie recepta na dobre pisanie. Abstrahując od erudycji, zdolności językowych i warsztatu – te atuty chwilowo zostawiam zupełnie z boku – trzeba potrafić być jak półnagi aktor na zalanej światłem jupitera scenie, skupiony wyłącznie na swojej roli i swoich emocjach i ignorujący siłą rzeczy fakt, że patrzą na niego oczy skupionych wokół tysięcy ludzi. Czytaj dalej

11 lat (z przerwą)

Kochani, mam dla Was ciekawostkę: serwis internetowy „…to tylko fikcja” ruszył 29 sierpnia 2002 r., a więc równo 11 lat temu i świętuje dziś urodziny! Z tej okazji publikuję odgrzebany w archiwach zrzut ekranu jego pierwszej wersji. Od tygodnia zaś mniej więcej możecie oglądać (jeżeli uda Wam się wylosować…) pięć graficznych nagłówków stron, wyraźnie odróżniających się czarno-niebieską tonacją od pozostałych. Czytaj dalej