Szary cień (fragment)

Początek

Obudziłem, obudziłem się na tej zgniłej, śmierdzącej, się śmierdzącej powło… podłodze. Fabryka, fantasmatagoryczne czy coś tam, ten tego, wspomnienia. Nie bieżące, brak marzeń, brak resetu i coś nie tak. Nie umiałem zasnąć, tak, tak, zaraz, nie umiałem i to był początek. Początek czy koniec, nie wiem i wiedzieć nie chcę, nie mogę, nie rozumiem.

Ściana, cegła, żarówka, miłość, nie, miłość nie… bo… bo nie. Jestem tu czy tutaj i na razie generuję dane przy ziemne, jak wstanę, to będą one przyziemne. Mgła zasuwa, zasnuwa, ale i zasuwa po oczach, daje, pędzlem rozmazuje świat, chwilowy, mały, poobstukiwany świat, w tym czymś, gdzie teraz jestem. Czyli gdzie? I po co? Pietuszki?

– Nie! – słyszę głos.

Głosie, kim ty, kurwa, jesteś?

– Wstań! – znowu głos. Wstaję, choć głos nie mówi, jak mam wstać.

– Szybciej! – zaczął mówić jak. Nie mogę szybciej i boję się, że mnie to coś zaraz zajebie przez to wolne wstawanie, przez tę moją wolność czy ucieczkę do wolności, raczej od wolności.

– Szybciej! Bo cię zaraz zajebię przez tę twoją wolność, czyli ucieczkę gdzieś tam – przedrzeźnia mnie głos.

Zaczynam podejrzewać, że nie mam już głowy, że w dawnej przestrzenioczaszce zamieszkuje jakieś prątkujące bagnisko, które wprowadziło się tam podczas mojej nieobecności. Dotykam się, czuję się, czoło, włosy, fizycznie bez zmian. Psychicznie, kurna, mentalnie źle…

– Spokój! – ryczy głos. A przecież nic nie mówiłem. Próbuję się uspokoić, znaleźć jakiś rytm w tej orce na ugorze. Ale nic z tego, baniak i pustka, plus fiku miku. Siadam skonfundowany.

– Sprawa jest. Misja – trochę już spokojniej gada powietrze.

Misja? Co mi po misji, sprawie, odpadam, wypływam, pierdolę…

– Spokój! – znowu ryczy głos, a ja znowu nic nie mówiłem. Chcę do mamy.

I gada mi o zagrożeniu oraz że ja jestem tym jedynym, który nadaję do tego, co trzeba zrobić, bo tylko ja, a jak nie – to czapa. Kofabuduluje czy coś takiego, dosyć mam powietrznego gościa. Ale stało się, wpadłem w tę sytuację jak w kanał burzowy bez kratki.

Co na to żona, dzieci, teściowie, jak ja się teraz wytłumaczę? Że co, że po dwóch dniach w jakiejś obszczanej norze głos mnie zwerbował do wyższych celów? Że teraz to już wypad i do pracy nie chodzę, bo giwerę mi dali, że zakupy to już tylko w drodze ze szkolenia specjalnego zrobię, że…?

– I w ten sposób, jedyny możliwy sposób, ocalejesz i ocalisz innych – dobitnie stwierdza głos.

Zaraz, zaraz, uderzyło mnie, jak to, ocaleję?!

– Odmaszerować, czas start!

Wszystko płynie, cegły, szarość, moje ciało, z głową albo bez głowy, wszystko płynie, muszę coś zrobić, coś niesamowitego, ocalić…

I znowu jestem na ławce w parku, tak, przypomniałem sobie ten park, bezsenność, spacer między kałużami, menele pod daszkiem, wieczór na miejskim skwerze, jestem tu znowu.

– Nic panu nie jest? – Jakiś facet z pudelkiem na różowej smyczy z ćwiekami potrząsa mnie za ramię. – Zasnęliśmy błogo, odpłynęliśmy. Pomóc w czymś?

Siada koło mnie, przytula się, pudelek się łasi, menele machają do nas przyjaźnie, z liści kapie woda, za drzewami tramwaj. Przez chwilę nawet mi się to podoba. Pudelki to jakieś miłe aniołki. Ale ten, to kto? Co jest?!

– Co jest?! Odpierdol się pan!

Facet odchodzi, obrażony, poprawia kurtkę, menele machają do nas przyjaźnie, tramwaj macha do nas przyjaźnie. Choć nie, jest tylko za drzewami, niemachający.

Zrywam się na równe nogi. Biegnę, kałuże rozpryskują się wokół, tworząc tłum małych istotek, „hurra” – krzyczą i „aaa” – umierają w takt – pach, pach, pach, pach – mojego biegu.

Chyba mnie coś goni.

 

***

 

– No, panowie, pobiegł. – Stalowy Kazek poinformował zebranych, wypuszczając kółka sinego dymu papierosowego z ust. – Waldziu nie znalazł dziś chętnych.

Towarzystwo ławeczkowe zarechotało.

– To może szkło fundnie… – zadumał się Pająk.

– Nie fundnie i nie chce nikogo znać – obruszył się Waldziu. – Taka niewdzięczność, takie fopa i chamstwo, fuj! Jak go jeszcze raz tu przywieje, to go Sodoma obsika. – Pogłaskał pieska. – I obsra! – Waldziu nie mógł przeboleć straconej okazji.

Towarzystwo zarechotało ponownie. Pająk poszedł się wysikać, Stalowy Kazek łagodnie przekonywał Waldzia, że troski można rozwiać libacją w szerszym gronie. Z liści kapała woda, menele machali przyjaźnie (do siebie).

 

***

 

No i stało się. Nie wiem co, ale coś się stało. Nie będę już taki jak wcześniej. Będę inny. Co na to żona, dzieci, teściowie? Zobaczymy. Na razie idę, lewa, prawa, lewa, lewa. Świat, mam wrażenie, odwrócił się do mnie plecami. Żuje swoją gumę odświeżającą i czeka, aż się potknę i zaorzę zębami kawałek betonu. Wtedy się odwróci i powie: „O, biedaczek, wypierdolił się. Jak ci możemy pomóc, może trochę gumy?” Niedoczekanie, głos nie głos, ale czuję, że coś jest inaczej. Wszczepiono mi chyba jakiś zapalnik w tyłek i naciśnięto guzik „countdown”. Ale nie wciśnięto „information upload”. Innymi słowy mam sam wymyślić co zrobić, żeby eksplodować pożytecznie.

Wokół drzewa, straszne, pogięte, pokurczone, pozwijane, szemrzące, szemrające, przeciw mnie. Mnie. Co? Wy też na mnie, to już normalna trawa, krzaki wam nie wystarczą?! Taki układ! Takie zwyrodniałe stosunki przyrodnicze tu panują, a kysz!

Opanowałem się ostatkiem sił. Coś jest nie tak, drzewa jak drzewa, ale sprowokowane mogą być szkodliwe. Niegrzeczne.

Nagle. Tam. Dwa jarzące się punkciki w mroku. Cel. Chwyciłem jakiś kij, zacząłem się skradać przez drapiące gałązki. A, łotry, chcą mnie powstrzymać, chcą mnie osaczyć, gałązki to drzewa, a drzewa to już wiecie. Przedarłem się przez ten mur. Puszczaj, zwyrodnialcu. Siedzą na ławce. Wzniosłem kij, naprzód…

Warmer Körper

heißes Kreuz

falsches Urteil

kaltes Grab.*

(*Rammstein – Asche zu Asche)

 

– Ty, Zenek, jakiś świr z kijem tu leci!

– Chodu!

 

***

 

– No to jak było? Tylko proszę do rzeczy, proszę się nie zataczać!

Posterunkowy Chwiejczak z wyraźnym obrzydzeniem przebywał w towarzystwie zapijaczonego brodacza. Ten się ciągle drapał, spluwał i ogólnie zachowywał się jak na zawodowego obszczymurka przystało.

– No, jak było, jak było! Przecież mówię, jak było! Z krzaczorów wylazł! Tak było! Wrzeszczał, że coś tam, hitler kaput, albo inne szwabskie czy aborygeńskie przekleństwa. I kijem wymachiwał, prosto na mnie i na Zenka pędził. A jak nas już dogonił i Zenka zaczął tłuc, to mnie taka odwaga wzięła, tak go w łeb prętem, o tym, tak jebnąłem, że chłop aż się zatoczył, zawył i spierdolił. Tak było!

– A jak wyglądał? – Chwiejczak szedł według procedury.

– Jak wyglądał, jak wyglądał! A jak miał wyglądać, nogi, ręce, głowa, ciemno było, niewyraźne wszystko, żadnych szczegółów!

– Mhm, żadnych szczegółów – zapisywał Chwiejczak. – Czy zwróciło pana uwagę coś szczególnego?

– Coś szczególnego! Coś szczególnego! Przecież gadam, że żadnych szczegółów! Ciemna masa cię goni z kijem i ryczy po szwabsku, a ty pamiętaj szczegóły, po dwóch flaszkach! Nie mówił „R”.

– Słucham?

– Nie mówił „R”. Mój brat tak samo mówi, jyba, jowej, jekin. Facet wyćwiczony, ale się nie pozbył zupełnie, takich poznam w każdym stanie i w każdym języku.

– Co tam mamy, Chwiejczak? – Zza krzaka wyszedł zwalisty człowiek w opiętym na wielkim brzuchu szarym prochowcu i w kapelusiku. Komisarz Wątroba.

– Osobnik, ma dwie nogi, zaraz, zaraz… – pośpiesznie szperał w notatkach Chwiejczak. – W każdym razie ma nogi, głowę, ręce, krzyczy po niemiecku lub aborygeńsku i nie mówi „R”, panie komisarzu.

– Taaak, ma nogi, to ciekawe, duże ułatwienie. Co z rannym?

– W szpitalu, wyjdzie z tego.

– I kij, że wyjdzie! – ożywił się brodacz. – Rewir mu zajmą, Zenek trzy lata walczył o okolicę parku, tutaj są całe góry puszek. Do dupy z takim interesem!

 

***

 

Nie wiem, co to jest. Co się dzieje? Wokół te same drzewa, ulice, ludzie, ale inni, wrodzy, nieludzcy. W każdym razie inaczej ludzcy niż ja, ja-człowiek. Pomacałem swój kark. I pomyśleć, że ten śmieć jeszcze się bronił, że śmiał bronić tego swojego plugawego, owłosionego życia.

Patrzę wokół na mozaikę miasta, na te puzzle, które ktoś pomieszał, ale nie po prostu – ot tak, rozjebał. Pomieszał inteligentnie, wręcz niezauważalnie. Lekkie kontrasty mówią, że klocki nieba nie są tam, gdzie trzeba, delikatne załamania linii sugerują pomylone miejsca przedmiotów, człowiek nie ma zwykłej twarzy, ale ta, którą ma, nie jest niezgodna z jakimś wzorem, jest niezgodna z oczekiwaniem, z dobrym układem. O tak, ciężko mi się zmusić nawet do myśli, że mam tu być, w takim świecie.

– Wejdź tutaj!

Ktoś ciągnie mnie za rękaw kurtki do ciemnej bramy. Kto to jest? Odpierdol się. Próbuję szarpać ręką. Tkwi jak w żelaznych kleszczach.

Znowu jakieś ciemne pomieszczenie, postać przede mną, raczej tak myślę, bo, stuk, stuk, kroki w różnych miejscach. Wyraźnych zarysów nie widzę. Tylko jakieś takie drgające powietrze, niepokój się przemieszczający. Nie wiem, o co chodzi. Chcę wyjść!

– Siadaj! – krzyknął.

Dobry Boże, siadam. Gdzieś wysoko świeci słońce, tutaj tylko lekka poświata wpada przez lufcik na górze. Niedorzeczna sytuacja, walę głową w tępy ryj ciemności, tej plugawej, nieznośnej niejasności wokół mnie. Głos mówi, że mam się skupić na zadaniu, zbierać wskazówki, poszlaki, analizować, nie zepsuć wszystkiego przedwcześnie. Jezu, czego nie zepsuć? Ja chcę dobrze, tylko wokół same niejasności.

Spokój. Poszedł sobie. Zaczynam iść powoli, delikatnie, szukam jakiegoś wyjścia. Z tyłu szmer. Odwracam się gwałtownie. Mój wzrok od razu zaczepia się o wąskie pasemko światła. Podchodzę bliżej. Żyję, każda żywa istota woli światło od ciemności, ciepło od chłodu. Dobro od zła? Podchodzę jeszcze bliżej. Drzwi. Korytarz z cegły. Zakręt. Palą się lampy. Idę.

Wszystko mnie przerasta, uciekam z tego miejsca w inne, skąd też ucieknę. Poruszam się wzdłuż ściany, cegły uciekają w tył, jakby się bały, jakby mnie wypychały do przodu tymi swoimi ceglastoróżowymi tyłkami. Piwniczny nastrój potęguje niski sufit, duszący, bezstronny.

„No, idź” – coś mi mówi. „Nie, nie idź” – też mi mówi to coś, a raczej inne coś. Coś bis. Korytarz ciągnie się jak wąż. Wąż plugawy. Coś mi mówi, że nigdy nie widziałem węża od środka, ani plugawego, ani normalnego. Coś bis odpowiada mu brzydko, coś jeszcze brzydziej, coś bis daje coś w ryj… Szamotanina, brzydkie wyrazy.

– Spokój, kurwa! – drę się na cały regulator.

„Dobra, dobra”, obrażeni rozchodzą się, zapaliliby papierosy, gdyby mieli usta. Idę dalej. Lampy, cegły, beton, miłość… nie, miłość nie, bo… nie. Za kolejnym zakrętem drzwi stalowe, solidne, jakby niemieckie, takie do kwatery Hitlera. Lekko uchylone. Takie lekko uchylone drzwi, szmery za nimi, piwnica wokół – to taki nacisk na czachę, że aż lekko się ugina. I widzisz wszystko jakimś takim wykrzywionym okiem, jakoś tak nie po prostej, w dziwny, straszny sposób.

Drzwi dały się łatwo otworzyć, bez skrzypnięcia.

– Wchodź – ktoś szepnął za moimi plecami i lekko mnie popchnął. Obróciłem się gwałtownie, „łapyprzysobiete!”, głos uwiązł mi w gardle. Za mną była ciemność. Idąc do tych drzwi, nie rejestrowałem tego, co się działo za mną. A tu lampa po lampie, krok po kroku, wszystko gasło. Za mną ciemność, lekko zarysowany kształt, ni to ludzki, ni nie ludzki, dyszał zaszyty w czerń.

– Nie bój się, wejdź tam i wszystko pamiętaj. To ci życie uratuje, to ci da nowe życie. No, wejdź, chłopaku!

Wszystko bym dał, żeby nie słyszeć tego sapania, tego głosu. Odwróciłem się pospiesznie i wskoczyłem za uchylone drzwi, zamknąłem je i podparłem całym ciałem. Żyję.

Jeszcze żyję.

 

***

 

– No, panowie, hop! – zakomenderował Stalowy Kazek. Głowy wszystkich obecnych poderwały się do góry i zastygły tam na chwilę, jakby w oczekiwaniu na grom z jasnego nieba. Potem opadły i nastąpiło pełne rozprzężenie. Stalowy westchnął „Aaa”, Waldek stęknął „Okkkkk…”, Pająk… nie, Pająk ani jęknął, za to inni wydali z siebie charakterystyczne dla konsumpcji alkoholu odgłosy. Potem zapadła cisza.

– Fajny z ciebie kolega, Walduś, wiesz, chociaż ciota – zagaił Stalowy.

– Bo stawiam? – domyślił się Waldek.

– Nie tylko, jesteś też fajny w innych aspektach, tych, tego, no, pogadać można. Pożartować. Nie obrażasz się od razu.

– No, no, coś tam znowu wymyślił, na dziś już nic nie mam. A wy idźcie do roboty, to na wódkę będzie. Chociaż nie wiem, kto by chciał takich, he, he, he, pracowników.

– A co, kurwa, myślisz, że ja nic nie umiem, że ja całe życie tylko na ławeczce z Pająkiem? Ja różne rzeczy umiem i jeszcze pokażę, że, że…

– Dobra, dobra, wierzę, nie gorączkuj się, bo ci coś pęknie i będziemy musieli na wieniec zbierać.

W tym momencie za towarzystwem zaszurały czyjeś buty o liście. Zza drzewa wysz… wytoczył się obły kształt – Komisarz Wątroba.

– No, witam, Kazimierzu Opałek vel Stalowy!

– Szanowanie dla pana komisarza, my nic nie zrobiliśmy.

– Nie ma takich, którzy nic nie zrobili, nawet na sparaliżowanego znajdzie się paragraf.

– Ale my nie jesteśmy sparaliżowani! Jesteśmy niewinni, oprócz, oczywiście, niezdrowego pociągu do rozrywek kulturalnych.

– Mhm, więc niech mi te kulturalne niewiniątka powiedzą tu natychmiast wszystko, co wiedzą.

Waldziu nerwowo pocierał dłońmi o spodnie, kręcił się, w końcu nie wytrzymał.

– Panie władzo, to było niczyje, leżało sobie na ławce, fakt, obok człowieka, ale on był zajęty czymś innym, zupełnie czymś innym. A jak coś znalezione, to nie kradzione.

Wątroba zmierzył Waldka surowym wzrokiem.

– Nie, nie chodzi mi o sprawy zawodowe, każdy orze jak może, tym się zajmuje dzielnicowy, mogę was skontaktować.

– A nie, nie, my się już znamy, nie trzeba… – wycofywał się Waldek.

– Mnie się rozchodzi o podejrzanych osobników, których dziś widzieliście. Czy rzuciło się wam coś w oczy?

Towarzystwo zaczęło spoglądać na siebie spode łba, Stalowy wystąpił w roli rzecznika.

– Nie, nic nie widzieliśmy, tylko spokojni przechodnie, panie z wózkami, emeryci, trzy zakochane pary. A nie, przepraszam, był jeden incydent…

Wszyscy spojrzeli z napięciem na Stalowego.

– Tam w tych krzakach, o tych tam, w kształcie półkola, srał facet. I tak żeśmy go z Pająkiem postraszyli, że, he, he, he, spierdalał bez podcierania.

Wybuchł huragan, istna burza wesołości, wśród której jak skała, niewzruszony, stał Wątroba. Nawet cień uśmiechu nie zagościł na jego pulchniutkiej twarzy.

– Spokój, kurwa! – wrzasnął nagle. Wszyscy zamilkli. – Stalowy, przestań udawać sparaliżowane niewiniątko i gadaj o konkretach!

* * *

Tomasz Mróz: „Szary cień”. Powieść wydana przez wydawnictwo RW2010. Wszelkie prawa zastrzeżone. Bezpośredni link na stronę wydawnictwa: http://www.rw2010.pl/go.live.php/PL-H6/przegladaj/SODg%3D/szary-cien.html?title=Szary%20cień lub na stronę autora: http://toomba.republika.pl/powiesc/szary%20cien.htm

Kategorie: Horror i thriller, Humor i satyra. Autor: Tomasz Mróz. Dodaj zakładkę do bezpośredniego odnośnika.

O Tomasz Mróz

Tomasz Mróz (ur.1973) – autor powieści i opowiadań z pogranicza kryminału, sensacji i science-fiction. Dotychczas wydane pozycje, „Szary cień”, „Przejście A8”, „Fabryka wtórów” i "Przypadkowy zabójca", są elementami serii, w której łącznikiem pomiędzy poszczególnymi fabułami jest postać komisarza Wątroby. Świat przedstawiony w utworach Mroza jest ciekawą mieszanką codzienności z oddziałującymi na nią cieniami przeszłości i delikatną ingerencją sił wyższych. Blog autorski http://tomaszmroz.blog.pl

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *