Zombie Ewakuacja

zombie_03_by_wacomzombie-d66vlntNiebawem Halloween. Chciałabym Wszystkich zaprosić na Ewakuację Zombie, jaką organizuje jeden z moich znajomych. Odbędzie się ona 31 października br. w Katowicach. Szczegóły tutaj: http://stagerlee101.blogspot.com/2013/10/halloween-w-stylu-zombie.html

Z tej też okazji napisałam relację z przebiegu ewakuacji. Oczywiście wszystko to fikcja. Zapraszam do czytania.
                                                         

 

Ewakuacja 

– Uh, moja głowa. – stęknęłam, podnosząc się z łóżka. Za oknem szarzało, lecz część horyzontu przesłaniała jakby czerwona łuna. Co u licha? Zerwałam się z posłania i podbiegłam do okna, kiedy powietrze przecięło kilka helikopterów, robiąc niewyobrażalny hałas.
– Jak ja mogłam spać przy takim harmidrze? – zastanawiałam się. No tak, śpię przecież jak kamień. Rozglądałam się nerwowo, przyciskając nos do szyby. Obrazy docierały do mojego umysłu wolno, zbyt wolno, bym mogła je ogarnąć świadomością, która jeszcze wyciągała się rozkosznie w wygrzanej mym ciałem pościeli. Szybko otrzeźwiałam, jak gdyby ktoś pod nos podstawił mi sole trzeźwiące. Znów te dźwięki. Położyłam dłonie na uszach, próbując ze wszystkich sił stłumić wrzask syren. Wyły tak wściekle, że myślałam, iż bębenki mi porozrywa. W głowie pojawiła się myśl o rozpętaniu trzeciej wojny światowej… Ale przecież to niemożliwe. Komorowski nie jest tak głupi, by zadzierać z Ruskimi, nie? A może jednak? Moją uwagę przykuło coś jeszcze. Wojsko. Wszędzie wojsko. Mężczyźni w szarych mundurach z hełmami na głowach, dzierżący karabiny i gestykulujący w dziwny sposób. Ludzie biegali w tę i we w tę chaotycznie, jakby im ktoś w tyłki powtykał rozżarzone pręty. Starłam z oczu sen. Przylepił mi się do dłoni. Strzepnęłam nadmiar na podłogę. O mało nie potknęłam się o próg, idąc do łazienki… Aaaa jeszcze radio. Lubię słuchać audycji i wiadomości, gdy myję zęby. Cisza. Naciskam pstryczek. Światło się nie zapala, radio nie działa. Robię minę na wzór tych z Internetu, wyrażającą WTF. I na upartego włączam i wyłączam, nieistniejące światło. Nie dociera do mnie, że go nie ma, przecież zawsze było. Chyba że szczury przegryzły przewody albo złomiarze poczęstowali się kablem – zawsze to jakaś atrakcja. Myję te nieszczęsne zęby zimną wodą, bo prądu nie ma, to i woda nienagrzana. Nie znoszę takiej. Burczę coś niezrozumiałego pod nosem i jak widmo przedzieram się przez mieszkanie, szukając czystych ubrań. Zakładam, co popadnie. Muszę wyjść i dowiedzieć się, co się tam wyprawia do cholery. Przezornie chowam sztylet w bucie, tak na wszelki wypadek. Zawsze to robię, gdy czeka mnie wyprawa w miejsce, którego nie znam. Brzydki nawyk z wojska. W korytarzu słyszę szuranie i drapanie. Kurczę, wielkie te szczury. A deratyzację mieliśmy pół roku temu. Zerkam przez judasza. Najpierw nie dowierzam i odsuwam ciekawskie oko od wizjera, by za sekundę znów je do niego przytknąć, świdrując otoczenie. Po korytarzyku kamienicy łazi człowiek. Ale sekundę, chodzi dziwnie, nie widzę jego twarzy, jest zwrócony do mnie tyłem. Odbija się do drzwi sąsiada, słyszę tylko łup, łup, łup. Dłońmi znów przecieram powieki. Chyba za dużo tych filmów i seriali o chodzących trupach. Zerkam jeszcze raz i to, co dostrzegłam, potwierdza się. Przede mną chwieje się i potyka istota ubrana w podomkę ciotki Kryśki z ostatniego piętra. Niewyobrażalnie podarta i posklejana ciemną substancją. W lot pojmuje, że musi to być krew. Cofam się przerażona, uderzając kolanem w szafkę – KURWA MAĆ – wrzeszczę i przysiadam na tylnej części ciała. Zatykam sobie ręką usta, powtarzając w myślach, że zaraz się obudzę, a to, co widzę, to tylko sen. A teraz walnę się w drugie, tak dla równowagi i wszystko wróci do normy. Oddycham ciężko i zaczynam czuć na plecach strugi potu. Nie wiem, czy jest on lodowaty, ale skutecznie podrażnia mi włoski na linii kręgosłupa. Czuję jak przenikają mnie dreszcze. No dobra. Zbieram się z podłogi. Kolano pulsuje nadal, przypominając mi, że jeszcze żyje. Skradam się po cichu do drzwi. Dla pewności znów zerkam przez judasza. Odskakuję, bo to, co widzę, wprawia mnie o wywrócenie bebechów na drugą stronę. Ciotka Kryśka to nie ciotka Kryśka, a raczej gapiące się w moje drzwi monstrum, z którego odpadają skrawki ciała. Na dokładkę cuchnie. Odór przełazi przez szczeliny w starych drzwiach i wdziera mi się w nozdrza z upierdliwością godną akwizytora. Rozsiada się wygodnie pod czaszką jak na wygodnej sofie. Dusi. Otrząsam się, kiedy słyszę znów kolejne łup, łup łup. Tym razem ciało uderza w moje drzwi. Słyszę, jak paznokcie drapią w moje drzwi. Musze się stąd wydostać. Tylko którędy? Oknem nie wyjdę. To drugie piętro, cholerne drugie piętro, zapyziałej katowickiej kamienicy. Podbiegam do okna. Z impetem otwieram je na oścież, stare szybki brzęczą w ramach.
– Ej! – wrzeszczę na człowieka na dole.
Nie słyszy mnie. Ponawiam więc krzyk, mając nadzieję, że dotrą do niego moje słowa. Na zewnątrz hałas jest ogromny. Każde zdanie niknie w nim bez śladu. Wściekam się. Muszę wyjść na zewnątrz. Widziałam na końcu ulicy kilka opancerzonych wozów oraz grupę ludzi tłoczącą się przy nich. Radio, mam w komórce radio – przypominam sobie. Może coś nadają, może coś powiedzą, może to, co widzę, tak naprawdę nie istnieje, a trup drepczący po korytarzyku to nic innego jak maskarada na Halloween. Super, mam prawie całą baterię! Co za szczęście, że dwa dni temu ładowałam tego złoma. Załączam. Coś trzeszczy i stęka. Tylko szumy. Czekaj, coś jest. Przytykam telefon do ucha. Chyba złapałam falę. Ale to nie radio. Do cholery jasnej. Słucham jednak dalej, trzęsę się coraz mocniej. Zarażeni – słyszę. – Uważajcie na nich! – krzyczy głos. – Nie dajcie się dotknąć, inaczej wszyscy umrzecie, rozumiesz, sierżancie? Trzaski i tak jeszcze przez dłuższą chwile. Znów ten sam głos przerywany jakby dyszeniem – reszta kwarantanna, zabierzcie cywili na lotniska, tam już na nich czekają. Spieszcie się, długo nie damy rady powstrzymywać sztywnych. Nie dajcie się… – głos milknie, słyszę tylko zgrzyty. No kurwa, nie jestem nad morzem, żeby się upajać szumem fal. Trzęsę telefonem. Nic to nie daje. Czas zebrać się do kupy. Przetrząsam moją „magiczna szafkę”. Gdzieś tu miałam maczetę – syczę przez zęby. Dygocącymi rękami odsuwam pomniejsze noże. Do niczego mi się nie przydadzą – za małe, za miękkie, niewyważony, eee, to nie to! W końcu wyszarpuje z samego dołu upragnioną zdobycz. Mocuje przy pasie replikę francuskiego bagnetu i wkładam w dłoń maczetę, którą dostałam od znajomego, który podróżował po świecie. Znał moje upodobania, więc sprezentował mi wymarzoną. Robię kilka wymachów, by przyzwyczaić się do nowej sytuacji. Ścinałam nią gałązki w lesie, a nie ludzkie głowy. Nadgarstki mi drżą. Podchodzę do drzwi. Znów to łup, łup. No nie, to już jest irytujące. Orientuję się, czy aby nie przybyło głodnych mego ciała trupów. Oddycham z ulgą. Nadal ciotka w poplamionej podomce z miazgą zamiast twarzy, szczerzy do mnie ząbki osadzone w czarnych dziąsłach. Ale ten rozkład szybko postępuje – myślę. Stoję jeszcze przez chwilę, przenosząc ciężar ciała z jednej nogi na drugą. Nie wiem, czy tego chcę. Wyjść trzeba. Odjadą beze mnie, a ja tu utknę z cioteczką na wieczność. Kopniakiem otwieram drzwi, trup odbija się od ściany, lecz nie upada. Warczy na mnie i wyciąga w moją stronę cuchnące łapska. Jest powolny, mam przewagę. Biorę zamach i wbijam maczetę w sam środek zgniłej głowy. Wchodzi jak w masło, lekko, nawet nie musiałam się zbytnio wysilać. Wyrywam narzędzie z ciała osuwającego się u mych stóp. Słyszę soczyste mlaśniecie i dostrzegam kawałek mózgu przylepiony do ostrza. Fuj – krzywię się na ten widok, próbując go zrzucić. Uparty skrawek trzyma się jednak i nie daje za wygraną. Rozglądam się nerwowo wokół. Cicho. Nie ma szurania i gardłowych pomruków sztywnych. W końcu nachylam się nad zwłokami i wycieram maczetę w podomkę trupa. Czuję lepkość na palcach. Mam mdłości, chyba się zrzygam. Nic nie jadłam. Żołądek mi się kotłuje. Postanawiam być twarda i dotrzeć każdym możliwym sposobem do konwoju, stojącego u szczytu ulicy. Zbiegam po skrzypiących schodkach na dół. Czuję swąd palonego drewna. Dom po drugiej stronie płonie. Jęzory ognia, liżą zażarcie mury, lubieżnie i chciwie. Niegdyś beżowa fasada pokryła się teraz warstwą sadzy. Uderza we mnie żar. Widzę ludzi. Zmierzają w stronę konwoju. Ktoś krzyczy, jeszcze inni machają rękami. Wyczuwam zachętę do podjęcia biegu. Coś mi w głowie szepce, bym się odwróciła. Czynię to chyba zbyt gorliwie, bo widok, który zastaję, zwala z nóg. W moją stronę snuje się, potykając o porozrzucane przedmioty, grupa truposzy. Mlaszczą i charczą jak chorzy na gruźlicę na oddziale zamkniętym szpitala chorób zakaźnych. Noga za nogą idą, nie patrzą na nic, nie mają oczu. Węszą, obracając zdeformowane głowy w stronę żywych. Zaczynam biec, czując na sobie ich odór. Znów wdziera mi się pod czaszkę. Nie mam na niego ochoty. Marzę o czarnej kawie i fotelu. Może być do tego książka, nawet harlequina przeczytam, tylko na litość grzyba, weźcie to cholerstwo ode mnie. Najlepiej najdalej. Docieram zdyszana do konwoju. Przestraszony żołnierz patrzy to na mnie, to na maczetę uwalaną czerwoną mazią.
– Tak, zatłukłam jednego po drodze – wypalam. Świdruje mnie wzrokiem, sprawdzając czy nie mam żadnych zadrapań albo ugryzień.
– Nic mi nie jest – dyszę.
– Kwarantanna – pokazuje mi ciężarówkę, na której siedzi kilku mężczyzn.
Strzały przecinają powietrze. Grupa zdechlaków doczłapała do żołnierzy. Szybko ich likwidują. Czuję pod siedzeniem wibracje silnika rozklekotanego wojskowego Jelcza. Ruszamy. Jeszcze raz omiatam wzrokiem okolicę. Nikogo nie ma.
Grafika deviantArt autor: http://wacomzombie.deviantart.com/#/art/Zombie-03-374349161?hf=1

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *