„Arlin” Adrian Atamańczuk.

189410-352x500

„Arlin”

„Istnieją drzwi, których nie należy otwierać. Do innych niebezpiecznie jest się nawet zbliżyć, by ktoś na głos naszych kroków nie otworzył ich od wewnątrz. Nigdy bowiem nie wiadomo, co lub kogo zastaniemy po drugiej stronie”.

Mam sporo do powiedzenia o tej książce… równocześnie nie mając nic, bo prostym językiem i z wiedzą niedorównującą Autorowi opisać jej się nie da.
Pewnym jest, że akurat te drzwi, drzwi do świata Arlin i jej baśni, otworzyć watro, a na zamknięcie ich nie najdzie Was ochota.
Ale zacznę od rzeczy najbardziej rzucających się w oczy. I oczywiście (regulaminowo już) aż tak w szczegóły fabularne się nie zagłębię, z tego względu, iż nie mam zamiaru odbierać Wam przyjemności z czytania. ^^
Zacznę od przeprosin.
Bardzo, ale to bardzo pragnę przeprosić Autora (i wszystkich, którzy czekali na moją wypowiedź) za takie opóźnienie. Ja wiem, że usłyszę „to nic” – między innymi. Ale wierzcie mi, przeczytałabym dużo wcześniej, gdyby nie to perfidne „zawsze coś”. Nie wszystkich „cosiów” udało mi się pozbyć z mojego dnia codziennego, co zaowocowało opóźnieniem niemalże hańbiącym. Bo „Arlin” przeczytałabym w maksymalnie 3 dni. To jest książka, którą się pochłania. Do której świata się wpada natychmiast i bez uprzedzenia.
Zatem przepraszam. Poprawę obiecuję, bo mam zamiar przeczytać ją jeszcze raz… i jeszcze raz… i tak dalej – w stosownych ku temu momentach. Dobre byłoby chorobowe, żeby nic nie zakłócało spokoju czytania :D

A dlaczego oceniłam „Arlin” 10/10? Z prostych przyczyn.
Skoro mi dajecie dziesiątki, to dla „Arlin” nie ma skali. Nie ma skali porównawczej. Jest niepomiernie dobra. Bezprecedensowo lepsza. I tyle w temacie. A ja zawsze będę to powtarzała, zawsze będę się tego trzymała, zawsze będę ją polecała.
Tym nie mającym pojęcia kto napisał ową (jakże marną!) recenzję/wypowiedź, przypominam, że również jestem autorką. Tą, która popełniła „Niewolnicę”.

„Arlin” to książka po prostu wybitna. Arcydzieło.
W moim odczuciu, bo ja wypowiadam się i zawsze wypowiadałam wyłącznie za siebie, a jak się komuś nie podoba, to może nie czytać ;]
Jednakże nie wątpię w to, że liczba jej Czytelników z powodzeniem prześcignie w swoim czasie liczbę moich, czego szczerze życzę zarówno „Arlin”, jak i jej Autorowi :) Bo watro. Warto poświęcić jej uwagę. Warto wydać na nią nawet ostatnie grosze, watra jest dziesięć razy więcej (żeby tylko), niż obecnie za nią zapłacicie, tak samo jak warta jest każdej godziny, minuty bądź sekundy jej poświęconej.
Stąd moja niezmienna wraz z upływem czasu ocena.
Próżno szukać innych w tej chwili (dopiero się pojawią), dlatego musicie mi po prostu zaufać i przeczytać ;)
Jestem zaszczycona, że mogę wypowiedzieć się publicznie o tej książce jako pierwsza. I szczęśliwa, że dostałam ją w swoje ręce, a przewrotny los wraz z tym poczynił jeszcze kilka mile zaskakujących zmian w mojej codzienności :)

Przypominam, że każdy chętny do zakupienia „Arlin” powinien zwracać się bezpośrednio do Autora, ponieważ on dysponuje jedynymi egzemplarzami na rynku – na chwilę obecną i jeszcze przez jakiś czas. Daje to Wam niezwykle rzadką (i nie trwającą wiecznie, bo liczba książek ograniczona) możliwość nabycia egzemplarza z dedykacją ;)
Podaję link:

https://www.facebook.com/pages/Adrian-Atama%C5%84czuk/200405983474399?fref=ts

Sobie skopiujcie :D

Autor zaś, któremu z tego miejsca (i z każdego innego) chylę czoła za kunszt w dobieraniu słów, składaniu zdań, łączeniu, dzieleniu, rządzeniu i wymyślaniu, jest człowiekiem jakich mało, chociaż podobno niczym się nie wyróżnia. Tak mi się obiło o uszy ;)
Zaprzeczam.
Ze swą niebywałą wyobraźnią i umiejętnościami przewyższającymi wielu z nas, utoruje sobie drogę na wyższe szczeble w tym jakże trudnym do egzystowania światku piszących. Tego nawet nie muszę zakładać. Tego bowiem jestem pewna.
Stworzył świat. Ba – światy! A wraz z nimi całą niebagatelną w swej prostocie opowieść, od której trudno się oderwać.
Adrian Atamańczuk sam siebie określa „niespokojnym duchem i marzycielem”, a w posłowiu podaje, że wiele może tłumaczyć fakt, iż pisze głównie podczas zwolnień chorobowych :D
Prywatnie jest osobą równie wartościową, nieprzewidywalną i szalenie dobrą – jak jego teksty ;)
Adrian „pozwolił swoim bohaterom przemówić” i zrobił to na tyle dobrze, że można mu tego zazdrościć, że można się od niego uczyć.
Mnie we władaniu ma jeszcze setka innych emocji :D

Mówiliście mi, że opis i okładka nie zachęciłyby Was zbytnio do sięgnięcia po „Arlin”. To błąd. A ja postaram się pokazać Wam dlaczego.
Fragment widoczny w opisie jest ze strony 254. Kiedy już do niej dojdziecie, zrozumiecie dlaczego wybrano taki, a nie inny. Ja zrozumiałam. Jest to początek. Początek końca. I dosłownie i w przenośni. Książka liczy 298 wszystkich stron, a owy fragment rozpoczyna najważniejsze wydarzenie.
Natomiast opisy obu opowiadań, które się ze sobą łączą (jedno nie istniałoby bez drugiego), mówią Wam wszystko, co powinniście wiedzieć o fabule na tą chwilę :P

Jeśli chodzi o kontrowersyjną okładkę ^^
Ach! Zrozumiecie wszystko, gdy tylko zajrzycie w tekst!
Mimo to, jako że mam pozwolenie, opiszę Wam ją, posługując się cytatem z pierwszego opowiadania.

„Na pamiątkę zdarzenia nosiłam zawieszony na rzemyku na szyi pierścień, który mi podarowała. Stał się on dla mnie drogocennym amuletem, powodem niesłabnącej fascynacji. Nie obnosiłam się z nim na palcu, gdyż samym wyglądem wzbudzał zbyt wiele zainteresowania; wyszczerzona paszcza jakiegoś straszydła dzierżyła okrągły, gładki, szary kamień, zabarwiony nieznacznie siecią pomarańczowych żyłek. Pokrywały go drobniutkie runy, zdumiewające precyzją wykonania, zważywszy na ich maleńkie rozmiary. Klejnot łatwo dawał się obracać palcem we wszystkich kierunkach. Podobnie jak wygląd, także materiał pierścienia był zagadkowy. Ciemny, matowy metal. Niby stal, niby srebro pokryte platyną, w rzeczywistości ani jedno, ani drugie. Więc co? Nie miałam pojęcia. To wiedziałam jedynie, że jest lekki jak przysłowiowy puch, a twardość ma granitu.”

Na okładce jest pierścień ofiarowany Arlin – głównej bohaterce.
Niegdyś należący do Dallili, Córki Zmroku, Bogini Zmierzchu – narzeczonej Yskayzera, Wodza Armii Zła… tytułowego Księcia Cienia – stanowił symbol ich wiecznego oddania, miłości.

Poza tym, o okładce wypowiada się sam Autor:

„Okładka to produkt starań trzech zapaleńców, którzy nigdy się tym nie zajmowali i nie mieli środków. Oczywiście może się nie podobać, nie przekonywać i nie zachęcać – jak najbardziej. Ja cieszę się jednak, że tak wygląda, bo wiem jak miała wyglądać… Jej plusem jest nawiązanie ilustracji do fabuły (nie jest to jakiś setki razy powielony obrazek z sieci). Jestem wdzięczny wszystkim, którzy poświecili swój czas, pracując nad okładką i ilustracjami. Robili to za darmo.”

Nic więcej dodawać nie trzeba.
A teraz przejdę do tego, co najważniejsze, czyli do samej „Arlin” ;)

„Książę Cienia” to przede wszystkim historia o miłości niczym z legend, z baśni. Miłości godnej pozazdroszczenia, bo wszelakie ziemskie, jakkolwiek niesamowite, nigdy nie będą w stanie dorównać tej. Nieskończonej nawet w obliczu końca.
„Książę Cienia stanowi zatem wstęp, podstawę. Zmyślne wprowadzenie do drugiego opowiadania, które z powodzeniem można nazwać powieścią.
Poznajemy genezę. To, od czego wszystko się zaczęło. Arlin wspomina o świecie, w którym była, o tym, jak jej tam było, opowiada o przygodach i życiu niedostępnym dla nikogo z nas.
A później… Później rozpoczyna się, cytuję: „pierwszy akt sztuki o zagładzie świata” – „Płomień i mrok”. I Czytelnik zostaje wrzucony na głęboką wodę, a napięcie nie opuszcza aż do samego końca.
Oba opowiadania tworzą całość, a całość składa się na „Arlin”.
„Arlin” z pewnością powieścią jest.

Powieścią pisaną niezwykłym, jakże mi bliskim (!) językiem. Chociaż ja mogę co najwyżej pomarzyć o posługiwaniu się takowym, o tak umiejętnym łączeniu zwrotów, wplątywaniu barwnych dialogów w całość, genialnym mieszaniu wyrażeń nam bliskich i dalekich, przy których równie często idzie… paść ze śmiechu (:D), co zejść na zawał ze strachu.
Te archaizmy, ta czystość, płynność i piękno… Czytelnik nie jest w stanie się w tym wszystkim pogubić. Nie jest w stanie nie zrozumieć.

Bo „Arlin” to baśń.

To opowieść samej Arlin, za którą „posłusznie drepcze narracja”, a gdy nie ma jej w miejscu opisywanych akuratnie wydarzeń – narrację prowadzi (choć nie tak do końca) jako trzecia osoba. Proste i genialne.

A jak jest napisana? Podam Wam jeden z tysięcy nadających się do przytoczenia fragmentów.

„Rozpromieniona, ruszyłam w ich stronę. „Ha, ha!” – śmiałam się, poklepując dumnie kolbę kuszy, gdy… zwaliłam się w bezdenną dziurę, opiłam wody i podbiłam sobie oko – właśnie kolbą!”

Dodać trzeba, iż wszystko w tym niezwykłym świecie jest pokazane tak, że opisy automatycznie przechodzą w wyobrażenia.
Weźmy dla przykładu pole bitwy.
Czytelnik czuje strach przegrywających, widzi to co oni, myśli tak samo. Bardzo prosto sobie to wszystko wyobrazić, wejść w dane zdarzenie, uczestniczyć, ale również walczyć. To takie szlachetne…
Ja w pewnym momencie zdałam sobie sprawę z tego, że podświadomie, gdzieś w odmętach mojej duszy, tęsknię za czymś, czego nigdy nie doświadczyłam – jednością narodu, walką o wspólne dobro, oddaniem, szlachetnym honorem…
„Graf Longin de Lagwardia, jeden z najsławniejszych rycerzy, jako pierwszy poderwał swoją chorągiew. Nie zatrzymały ich strzały… lecz uczyniły to pioruny.”
To właśnie to mam na myśli. Przeczytacie – zobaczycie.

W „Arlin” każdy znajdzie coś dla siebie.
Nie ma błędów, nie ma schematów (Arlin nie jest nastolatką :D), oprócz uniwersalnej walki dobra ze złem, której także nie można jednoznacznie określić. Za to jest fantasy w czystej postaci. Ale jakie to fantasy!

Adrian oferuje nam spektakularne bitwy, piękne krainy dopracowane w najmniejszych szczegółach (mapy), podboje, niekiedy sielankę… Znajdziemy bogów, druidów, arcykapłanów, rycerzy, upiory i czarownice, kryształowe kule, plemiona, demony, nawet możliwość teleportacji, własne legendy, a także wiele, wiele innych. Ach, ludzi również :D A przede wszystkim… magię. Magia rządzi tą książką, tak jak emocje rządzą Czytelnikiem.

„Chodź, odkryj noc, słodką i upojną jak kwiat, wieczną i nieprzerwaną, grzeszną jak nierządnica, wolną jak wiatr, niezgłębioną jak morze.”

Tak, „Arlin” wzbudza emocje – niezaprzeczalnie.
Jedną z nich, jedną z najsilniejszych, jest… tęsknota.
Ale to nie tęsknota wywołująca łzy, mijająca wraz z ich upływem. To coś znacznie gorszego, co nas niewoli, ściska serce i już nigdy nie puści.
Bo w głębi duszy „Arlin” pozostawia ślad na zawsze.

A bohaterowie? Nietuzinkowi. Zróżnicowani. Ludzcy. I tak bardzo rzeczywiści, że odnosi się wrażenie, jakby utkwiło się we własnym świecie, tylko wzbogaconym o magię. Watro ich poznać. Warto z nimi zostać. Watro do nich wrócić.
Sami się przekonajcie ;)
Nie wspomnę już o spektakularnym zakończeniu, które oczywiście (takich jak ja) doprowadza do łez…

Wypadałoby tu zakończyć moją wypowiedź :D Uprzedzałam, że o „Arlin” można powiedzieć wiele, a i tak to będzie zbyt mało, nie odda w pełni tego, co odczuwa się podczas czytania.
Pominęłam wiele rzeczy, z żalem opuściłam cytaty, które mogłabym Wam przytoczyć. Ale po co to robić? Warto sięgnąć po tę książkę i już. Naprawdę warto.

Szekspir w swoim „Makbecie” przekazał Czytelnikom coś takiego:
„Życie jest tylko przechodnim półcieniem, nędznym aktorem, który swą rolę przez parę godzin wygrawszy na scenie w nicość przepada – powieścią idioty, głośną, wrzaskliwą, a nic nie znaczącą”.

Adrian w swojej „Arlin” przekazuje nam jakże podobny, i równocześnie jakże inny przekaz (z setki przekazów, które daje nam ta książka):
„Bogowie dawno temu zapisali w gwiazdach ludzkie przeznaczenie. Przyszło nam oglądać zmierzch czasów. Jesteśmy tylko aktorami na wielkiej scenie, marionetkami w sztuce, którą napisał ktoś inny. Możemy grać dobrze bądź źle, ale samego scenariusza nie zmienimy. Nie zmienimy tego, co zapisano w gwiazdach.”

Zagrajmy dobrze w tej sztuce, jaką jest życie. Życie czekać nie będzie. A my, wbrew pozorom, możemy mieć los we własnych rękach. „Arlin” udowodniła to mi – udowodni to i Wam.

Z czystym sumieniem i z całego serca polecam – po raz kolejny. Spotkajmy się razem w jej świecie, tak barwnym i niezwykłym, jak Autor, który również nadal tam tkwi. Każdy z nas odnajdzie w „Arlin” cząstkę siebie, swoje cechy charakteru w bohaterach, swoje pragnienia i marzenia. Cząstkę życia, jakie pragnąłby mieć bądź też ma.

„A noc zapłacze srebrnymi gwiazdami”…

Długą wypowiedzią uraczyła Was Anna Chaudière, która gorąco pozdrawia!

Ps.
Powinniście być już do tego przyzwyczajeni, więc bez marudzenia – do tekstu! :P

Zapraszam na strony:
Autora:
https://www.facebook.com/pages/Adrian-Atama%C5%84czuk/200405983474399?fref=ts

I swoją:
https://www.facebook.com/A.M.Chaudiere

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *