Projekt „Grunwald”

Projekt GWW sali konferencyjnej na 45 piętrze znajdowało się pięciu ludzi. Zajmowali jedynie niewielką część pomieszczenia obliczonego na znacznie liczniejsze zgromadzenia. Jeden z nich stał i mówił, pozostali słuchali, choć widać było, że trwająca już trzecią minutę przemowa to zbyt długo dla odbiorców nieprzyzwyczajonych do dłuższego słuchania ze zrozumienem. Pierwszy z lewej od mówiącego kręcił kciukami ze skupioną miną, tak jakby napędzał ręcznie ten potok słów, drugi patrzył zawzięcie w okno i poruszał bezgłośnie wargami, zdałoby się komentując koncepcje urbanistyczne na zewnątrz, pozostali sprawiali wrażenie zasłuchanych, ale wprawny obserwator mowy ciała dostrzegłby niechybnie objawy „odpływania”.
– Panowie! Dostaliśmy zlecenie na grę edukacyjną „Grunwald 1410”. Jest to dofinansowany przez Unię Europejską projekt dla szkół w Polsce i Niemczech, mający za zadanie przekazać w atrakcyjnej formie wydarzenia historyczne sprzed sześciuset lat. Użytkownik powinien w każdym momencie gry spotykać potwierdzone fakty i prawdę historyczną. Jednym słowem uczyć się historii. Jedynym odstępstwem jest wynik bitwy. Gra ze swojej definicji nie może być z góry przesądzona, dlatego mogą ją wygrać zarówno wojska polsko-litewskie, jak i Krzyżacy.
– A jak było wtedy? – ożywił się jeden z „odpływających”.
Zapadła chwila milczenia. Prowadzący zebranie powiódł pytającym wzrokiem po siedzących. Ruch kciuków ustał, jak również bezgłośne komentarze odnośnie linii zabudowy. Wszyscy zebrani poruszyli się nerwowo w fotelach, patrząc po sobie szukali w oczach kolegów odpowiedzi. Ale niczego nie znaleźli. Prowadzący westchnął.
– Wygrali Polacy i Litwini, królem Polski i Litwy był wtedy Władysław Jagiełło. Bitwa odbyła się na Pomorzu. Sądziłem, że to jasne. Słuchajcie, to zlecenie to intratny kontrakt dla naszej firmy. Planowana jest cała seria o wielkich wydarzeniach historycznych i mamy szansę zdobyć kilka kolejnych zleceń. Dlatego proszę, nie spierdolcie sprawy. Aha, jest jeden warunek stawiany przez zleceniodawcę w tym projekcie. Jest on powiązany z realizacją unijnego priorytetu współpracy transgranicznej, przezwyciężaniem barier komunikacji i kreowaniem tła historycznego w duchu przyjaźni…
– Czyli, że co? – Cel priorytetu nie był zbyt jasny dla nikogo.
– Czyli, że nieprzypadkowo jest was dwóch z Niemiec i dwóch z Polski. Macie tworzyć to wspólnie, poznawać historię i siebie nawzajem. Każdy przez pryzmat swojego postrzegania tego wydarzenia i ze swoim tłem kulturowym. Założeniem jest, że Hans i Joerg programują postacie z Polski, Litwy i z sojuszniczych wojsk, a Stefan i Marek Krzyżaków i ich sojuszników.
– Oni naszych, a my ich. Sprytne. Trzeba będzie trochę podłubać w archiwach…
– Tak, ale, mhm, jest problem… Termin oddania mija za dwa tygodnie. Wiecie, procedury przetargowe, dokumentacja. Prezes był na urlopie, podpisy na umowie złożono wczoraj.
Przez salę przeszedł jęk zawodu. Za dwa tygodnie? Przecież nawet oprogramowanie wyświetlacza na żelazku trwa ponad tydzień!
-Ee, tam. Macie przecież już gotowce. Kwestia dopracowania szczegółów i drobnych przeróbek. Zlecenie to zlecenie. Jeżeli się nie podejmujecie, to Sofitech chętnie przejmie temat. Spieszno wam na zieloną trawkę?Tej nocy w mieszkaniu Marka światło nie było gaszone. W pracowni siedziało dwóch ludzi, zaopatrzeni w kilka litrów kawy i przy wtórze pełnych niezadowolenia komentarzy żony Marka, która przeszła już kilka projektów u boku męża i wiedziała co się wydarzy. Marek kursujący z nieprzytomną miną pomiędzy niedostępną dla postronnych pracownią, a ubikacją, donoszenie jedzenia, usuwanie resztek starego jedzenia i stosów niedopałków, odprowadzanie i przyprowadzanie dziecka – tymczasowego półsieroty z przedszkola, wrzaski szefa przez telefon. A po wszystkim impreza i trzydniowe odsypianie stresów. A cały trud tylko po to, żeby kilka tysięcy nastolatków na całym świecie spędzało wolne popołudnia w swoich pokojach przed monitorem komputera zamiast grać w piłkę na świeżym powietrzu.
Panowie szukając natchnienia puścili na ekranie telewizora film „Krzyżacy”, na stole pyszniła się również książka Sienkiewicza i kilka albumów tematycznych o uzbrojeniu i bitwach późnego średniowiecza.
– Nie damy rady, nie ma byka- jęknął Stefan. -Będziemy to wszystko czytać dwa tygodnie. A kiedy pisać program?
– Rany, widzisz w co ci goście byli ubrani?- Marek wskazał na ekran z filmem. -Wyglądają jak żywe puszki z marmoladą.
– Nie mieli wtedy efektów specjalnych. Wszystko było robione naprawdę. Pokaż, co masz gotowe?
Marek uruchomił swoją bibliotekę postaci z innych projektów. Było tu wielu wojów i rycerzy. Informatycy zaczęli zestawiać wojska krzyżackie. Odrzucili z góry owłosione postacie odziane w skóry i z kamiennymi pałami w dłoniach, wyeliminowali rzymskich legionistów, ułanów z wojsk napoleońskich również wykreślili, ale wszyscy inni, którzy mieli jakąkolwiek namiastkę pancerza i wygląd nie nowoczesny zostali mianowani rycerzami Zakonu Najświętszej Marii Panny.
– Słyszałem, że to była niezła zbieranina, nie miniemy się zbytnio z prawdą historyczną- Stefan był dobrej myśli podziwiając huzara w białym płaszczu z czarnym krzyżem. – Ciekawe jak idzie naszym kolegom zza Odry?
Za chwilę zaczynała się telekonferencja, która miała za zadanie koordynować prace. W okienku komunikatora pojawiły się uśmiechnięte twarze Hansa i Joerga. Informowali, że u nich postęp jest piorunujący. Za chwilę na ekranie pojawiły się proponowane przez Niemców projekty.
– Czy wyście zwariowali? – Marek i Stefan nie mogli się powstrzymać od krytycznych uwag na widok gangrenowatych, bulwiastych obliczy ze śliną kapiącą z wystających kłów. Obrazu dopełniały powyginane kawałki pancerza, elementy skórzane i liczne zrogowacenia ciała. – Przecież to nie mieli być Orkowie z Tolkiena, tylko rycerze. Ludzie.
Hans i Joerg obiecali lekko podrasować swoje postacie, ale w swojej koncepcji byli nieugięci. Oni tak to widzą i już. Telekonferencja skończyła się nieomal awanturą i wściekłym zerwaniem połączenia.
– Jak oni tacy, to my też pokażemy jak było. A raczej, jak być mogło i powinno- Stefan zerwał się i nerwowo krążył po pokoju przeżywając patriotyczne oburzenie w obliczu pokazu efektów pracy drugiego teamu. -Siadaj, Marek! Nie wychodzimy z pokoju dopóki nie będziemy mieć jedynego w swoim rodzaju i niepowtarzalnego obrazu zakonu krzyżackiego. Już oni popamiętają!

Jedenaście dni później sala na 45 piętrze znowu gościła pięć znanych już osób, tym razem miała się odbyć prezentacja programu. Każda drużyna miała sterować swoją armią. Atmosfera była całkowicie odmienna od sennej nudy z początku pierwszego spotkania. Obie grupy patrzyły po sobie badawczo, by nie rzec wrogo. Ekran pysznił się wspaniale dopracowanym logo „Grunwald 1410”. Szef pokiwał głową z uznaniem. Logo nagle obróciło się i pojawił sie napis „Tannenberg 1410”.
– Niemiecka nazwa tej miejscowości – wyjaśnił Joerg.
– No cóż, transgraniczna wymiana kulturalna jak się patrzy – szef znalazł szybko wyjaśnienie w duchu priorytetu unijnego programu pomocowego.
Gra się zaczęła. Szef pochwalił jakość pokazanego krajobrazu i była to ostatnia pochwała podczas tego pokazu. Król Jagiełło, podobny do zminiaturyzowanego dinozaura, stał w otoczeniu dyszących i prychających stworów pokrytych dziwacznymi osłonami i strzępami ubiorów. Armia krzyżacka była zbieranianą różnorodnych indywiduów, gdzie prym wiódł skośnooki samuraj w czapce uszatce. Wszyscy Krzyżacy stali dumnie z domalowanymi na twarzach lub hełmach wąsami i bokobrodami. Słynna scena przesłania dwóch mieczy została wykonana przez młodzianów z wyjątkowo kretyńskimi wąsikami pod nosem, a błyszczące półpancerze ozdobione byli krótkimi spódniczkami baletnicy. Dysząca i ociekająca śliną armia Jagiełły ryknęła śmiechem na widok posłańców, którzy szli z godnością w kierunku króla. Ci wyciągneli zza pasów rękojeści, z których wytrysnęły strumienie światła a’la Gwiezdne Wojny i rzucili to pod nogi stworowi grającemu monarchę. Jagiełło prychnął lekceważąco, wyciągnął zza pasa buzdygan, który nagle rozbłysnął oślepiającym płomieniem. Zawyły trąby. Intro się zakończyło. Bitwa rozgrywała się na postrzępionych skałach i urwiskach, co rusz w przepaść leciał polsko-litewski stwór wydając z siebie zwierzęcy ryk lub krzyżacki wojownik z powiewającym na wietrze wąsem i spódniczką baletnicy. Obrazu dopełniał latający smok i pojawiający się co rusz w innym miejscu czarnoksiężnik w spiczastej czapce. Młodzi inżynierowie z wypiekami na twarzy tłukli przeciwników w wirtualnej potyczce. Siły obu armii były wyrównane i wynik walki niepewny.
– Dość! – ryknął nagle szef. – Dosyć! Precz mi z oczu, precz!
Zerwał się z wyrazem obłędu na obliczu, zaczął wyrywać kable i rzucać sprzętem o podłogę. Twórcy patrzyli w niemym zdziwieniu na ten atak szału. Wyraz twarzy szefa nie pozostawiał złudzeń, projekt się nie spodobał.
-Idioci, debile, komiksowe gamonie! To miał być popisowy numer, początek wielkiej serii, a nie… bitwa zbrodniczej galarety z paradą gejów.
– Ale… – zaczął sie tłumaczyć Marek.
– Cisza! Precz! Gdzie marketing?! Marketing do mnie, ale już! – wył zrozpaczony człowiek pędząc korytarzem wielkiego wieżowca.

Pani nauczycielka stała przy tablicy razem z ubranym w granatowy garnitur człowiekiem. Pan ów uśmiechał się tak, jak każdy, kto chce pokazać jak bardzo lubi dzieci, ale naprawdę ich nie znosi. Nauczycielka zastukała w blat biurka szmer głosów nieco zelżał.
– Kochane dzieci, to jest pan Krzysztof z ważnego urzędu, przyszedł do was, bo chce wam dać prezent.
Dzieci zamilkły zupełnie, zapadła rzadka w tym pomieszczeniu cisza, wszystkie spojrzenia utkwiły w granatowym urzędniku, szukając wypchanego worka albo jakiegokolwiek innego znaku, że informacja o prezencie jest prawdziwa. Człowiek zaczął mówić
– Hm, tak, kochane dzieci. Mam prezent dla każdego z was. To piękna akcja, sponsorowana przez nasz urząd i Unię Europejską. Lubicie ćwiczyć wyobraźnię?
Dzieci popatrzyły po sobie. Wizja prezentu zaczęła odpływać ustępując miejsca podchwytliwym gierkom i pytaniom, które nie wiadomo do czego prowadzą.
– Wiele szkół, w tym i wasza, zostało wyposażonych we wspaniały program sfinansowany z funduszy pomocowych ulokowanych w priorytecie rozwoju wyobraźni i kreatywności na poziomie szkoły podstawowej. Gra nazywa się „Grunwald 2410” i w cudowny sposób przenosi nas w świat, który być może będzie kiedyś istniał, ale teraz widzimy go tylko oczyma wyobraźni. Nasz urząd, nasze państwo, już dziś stawiają sobie za cel kreowanie prospołecznych i kreatywnych postaw za lat kilka, kilkadziesiąt, a nawet kilkaset. Życzę wam wspaniałej zabawy.
– Co się mówi jak się dostaje prezent? – pani bardzo chciała pokazać się od jak najlepszej strony.
– Dzię-ku-je-my- wyskandowały dzieci, niepewne tego, za co dziękują i komu.
– Miłej zabawy. Do widzenia – granatowy pan wyszedł ocierając na korytarzu z ulgą pot z czoła.
Projekt „Grunwald 2410” został przyjęty entuzjastycznie przez rzesze uczniów i nauczycieli, nieliczne głosy kontestujące wartość rozwojową prezentowanej gry zagłuszone zostały tysięcznymi pochwałami, a twórcy programu zostali poproszeni o napisanie kolejnego potencjalnego hitu „Kościuszko 3000”.

Autor: Tomasz Mróz

https://www.youtube.com/channel/UCIPAUYXJPHUmCwSrxAafJEA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *