„Kostka” Iza Korsaj.

Kostka

Kostka

„Kostka”

Patrzę na swoje notatki ze zdumieniem. I tak samo jak Jerry, nie potrafię odpowiedzieć na proste pytanie…

Kiedy czytam, rolę zakładki w książce pełni  czysta kartka papieru A4, a długopis leży zawsze gdzieś w pobliżu. Zazwyczaj takich kartek potrzebuję dwie, może trzy. W przypadku „Kostki” Izy Korsaj wystarczyła mi jedna. Jedna kartka zapisana drobnym pismem. Przemyślenia, spostrzeżenia, „objawienia” podczas czytania. Cytaty.
Z czego to wynika? Ano chociażby z tego, że… Nie było potrzeby notować. Czytając Izę odnosiłam wrażenie, jakbym wchodziła w głąb swojego umysłu, tylko bardziej rozbudowanego, czytelniejszego.
Jasnego, poukładanego umysłu jej bohatera.
To, że opiniuję a nie recenzuję, nie jest już żadną nowością. Nie opisuję fabuły, nie dodaję zbędnych dla mnie wstępów, zatem nie przeczytacie tu, o czym dokładnie jest „Kostka”. Nie licząc tego oczywistego faktu, że o oprawcy i jej ofierze. Bo to właśnie historia Marvina. Inżyniera Naprawy. Chirurga transplantologa.

Brak zwyczajowej ilości notatek mówi sam za siebie – nie potrzeba pisać wiele. Mi się podoba. Jestem zadowolona i jak się okazuje – dość podobna do Izy. Tworzymy zbliżonych charakterami bohaterów całkiem niezależnie od siebie i już samo to jest intrygujące, niebywałe. Wy, aby się o tym przekonać, przeczytajcie. Bo watro.

Różnie to bywało z moim czytaniem „Kostki”. Książka jest podzielona na trzy części. Trzy etapy. Przy każdym z nich towarzyszyły mi inne emocje. Z początku nasuwały się na myśl podobieństwa, ale nie te „nasze”. Przecież to thriller psychologiczny, a takich już troszkę mamy. Co nowego Autorka mogła nam pokazać? No właśnie.
Na wstępie ani Jerry’ego ani Marvina nie uznałam za psychopatę. Jerry jest jakich wielu. Szary, zwykły człowiek wystraszony rzeczywistością, bez odwagi, by sięgnąć po swoje, bez większego zapału, kolejny trybik w potężnej machinie systemu codzienności. Marvin zaś jest jakich wielu wewnętrznie – skrycie. Sporo ludzi potrzebuje silniejszych bodźców, by uznać życie za warte czegokolwiek, by czerpać z niego dostateczną przyjemność, by wyłamać się chociaż odrobinę ze schematów zwykłego człowieka. Niekoniecznie objawia się to psychopatią, choć i psychopatię można na rozmaite sposoby definiować.
Im dalej w tekst, tym bardziej rewidowałam swoje wstępne założenia czy twierdzenia. Uznałam, że za grosz tu podobieństw i to nie Marvin jest psychopatą, a właśnie jego ofiara – Jerry. Potem jednak doszłam do wniosku, że obaj są równi, każdy na swój sposób szalony. A na końcu? Stwierdziłam: Marvin, mój mistrz.

Marvin.

Trudno cokolwiek o nim powiedzieć. Jest osobliwy, stanowi dla mnie poniekąd zagadkę nawet teraz, po przeczytaniu. Nazywamy kogoś psychopatą już wtedy, gdy nieznacznie odstaje od normy, od zwykłego ogółu. Kiedy nie podąża wytyczonymi ścieżkami, nie poddaje się utartym prawom, gdy zachowuje się nieco inaczej bądź gdy jest odrobinę inny. Dlatego rzadko który „odmieniec” decyduje się pokazać swą inność, kogoś we własne upodobania wtajemniczyć, aby nie poskutkowało to wykluczeniem ze społeczeństwa, odsunięciem.

A Marvin? Jakie wrażenie na mnie wywarł?

Mogę powiedzieć tylko tyle: podziwiam doktora Marvina T. Crossa.

Za cierpliwość, za tą jego cholernie poukładaną bibliotekę umysłu, za opanowanie, za determinację, za sam umysł i podejście do życia. Ale być taka bym nie chciała. Bo Marvin nie zachowuje się tak za jakąś przyczyną . On po prostu taki jest. Nieskończenie dobry człowiek – jak o sobie mówi.
Ale bez uczuć? Bez nieoczekiwanych reakcji? Bez spontaniczności i nieprzewidywalności życie dla mnie byłoby… nudne. Takich jak ja ta książka… wycisza. Wywołuje emocje, owszem, sporo. Ale dla osoby piszącej są tez inne strony czytania. Zawsze starałam się „wejść” w umysł danego bohatera, zrozumieć go, myśleć jak on chociaż przez chwilę. Tutaj także. I zastałam niesamowity spokój. Niewiarygodny porządek. Marvin doskonale radzi sobie ze wszystkim co ludzkie, a i nad tym co nieludzkie szybko przechodzi do porządku dziennego.  Jednak,  jakkolwiek by na niego nie spojrzeć, nie jest całkowicie pozbawiony emocji. Ma po prostu wyjątkową samokontrolę. Wyjątkową. No i przy okazji lubi sprawować tę kontrolę nad życiem innych. Kolekcjonuje cierpienie i nie tylko cierpienie.

Jedno jest pewne. Iza Korsaj za jego pomocą dała mi najlepszą lekcję dotyczącą odpowiedzialności, z jaką w życiu miałam styczność. Marvin pokazuje czytelnikowi, że emocje są w porządku, ale wypada chociaż w jakimś stopniu nad nimi panować. Mogą nam dać wiele, lecz i wiele odebrać. Wszystko.
A my za każdym razem musimy ponosić odpowiedzialność za swoje czyny, słowa, za siebie.

„Kostkę” polecam, to oczywiste. Dostajemy od Izy pewien powiew świeżości w rzekomo wyczerpanych tematach. Poznajemy bohatera, z którym od niemal samego początku zaczyna łączyć nas swoista więź, inna dla każdego. Zostajemy zmuszeni do myślenia, bowiem nie da się tego przeczytać, ani razu nie zastanowiwszy się nad samym sobą.

Zatem… Z czego moglibyście zrezygnować w  życiu?

Mnóstwo odpowiedzi znajdziecie na to pytanie. Nad każdą dobrze się zastanówcie.

 

Ku umileniu czasu, zdań kilka skreśliła A.M.CH. – autorka „Niewolnicy” ;)

Izie Korsaj gratuluję stworzenia takiej postaci ;)

A Was zapraszam na jej stronę:
https://www.facebook.com/IzaKorsaj

Na Lubimy Czytać po więcej szczegółów:
http://lubimyczytac.pl/ksiazka/177499/kostka
I swoją:
https://www.facebook.com/A.M.Chaudiere

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *