Wiatr (fragment promocyjny)

Autor: Marcin Ciszewski

WCZORAJ

Po południu

 

Cóż można powiedzieć, gdy życie właśnie się kończy?

Protestować, błagać o litość, złorzeczyć Panu Bogu, obiecywać powrót ze ścieżki grzechu na jasną, słoneczną drogę cnoty?

Możliwe. Jednak leżącemu na łóżku mężczyźnie nie przychodzi do głowy żadna myśl, która miałaby głębsze znaczenie, inny sens niż po prostu wyrażenie strachu czy protestu.

Ma czterdzieści pięć lat i żegna się ze światem. Na czole czuje chłodny wylot rury tłumika, widzi majaczące w półmroku bezosobowe, czarne oczy napastnika.

Domyśla się, po co tamten przyszedł. W gruncie rzeczy spodziewał się go. Wręcz dłużyło mu się oczekiwanie. Jasne – mógł dalej uciekać. Jednak jest na tyle doświadczony, by wiedzieć, że jego tropem poszłaby sfora psów o morderczych instynktach i absolutnym, czułym jak najczulszy detektor węchu. Nie miał już szans.

A więc tak wygląda śmierć: ma zmęczoną twarz, nieruchome spojrzenie i rysy jak wykute ze stali. Jest ubrana w ciemnoszary płaszcz, pokryty drobnymi płatkami śniegu, które jeszcze nie zdążyły się roztopić od panującego w pokoju ciepła.

Tak właśnie wygląda koniec złudzeń.

– Musisz być cicho – mówi napastnik. – I robić dokładnie to, co powiem. Zrozumiałeś?

Mężczyzna kiwa głową.

– Dobrze. Uciekłeś. Schowałeś się. Odnaleźliśmy cię. Gdzie to masz?

Milczenie.

Napastnik wzdycha. Ileż razy był w takiej sytuacji? Nawet nie pamięta. A koniec i tak zawsze jest taki sam. Tym razem chciałby mieć już wszystko za sobą.

– Musisz mi powiedzieć. Im szybciej, tym lepiej.

– Lepiej od razu strzel.

Zabójca patrzy nieruchomym wzrokiem. Protest go nie dziwi. Takie akty desperackiej odwagi również się zdarzają, a jakże. Amatorzy bardzo często mają problemy z właściwą oceną sytuacji.– Nie. Po prostu mi powiedz.

Leżący na łóżku mruga oczami. Nagle paraliżujący strach nieco odpuszcza. Na twarzy pojawia się złość. I upór. W niedalekiej przeszłości wiele osiągnął, bardzo wiele. I buntuje się przeciw próbom odebrania mu dzieła, które niemal wszyscy uznaliby za sukces życia. On sam uznaje je za sukces życia bez żadnych wątpliwości.

– Przez cztery lata pracowałem po dwanaście godzin na dobę – mówi. – Bez wolnych sobót, często też w niedziele. Parę razy chciano odebrać mi projekt. Przez większość czasu nikt nie wierzył, że mi się uda… Nikt, rozumiesz? Nawet moja żona…

– Wiem. Zostawiła cię.

– Nawet ona…

– Jesteś samotny. A ja przyszedłem, by ci pomóc. Traktuj mnie jako jedyną realną szansę, jaką masz na widoku.

Mężczyzna uśmiecha się samymi kącikami ust, choć czuje na języku smak piołunu.

– Oczywiście. Wierzę ci na słowo.

Zabójca waha się przez chwilę. A potem cofa broń. Czarny kształt niknie pod płaszczem.

– Szukałem cię, bo uciekłeś. Złamałeś umowę.

Mężczyzna wzrusza ramionami. Zniknięcie pistoletu nie poprawia mu nastroju. Okrąg zostawiony przez tłumik nadal mrozi mu czoło.

– Nie zawierałem żadnej umowy.

– Wszyscy uważają, że to zrobiłeś. A mnie się wydaje, że dotrzymywanie zobowiązań to jeden z fundamentów codziennego życia.

– Owszem. Ale są również zasady wyższego rzędu. Jak poczucie powinności, na przykład.

– Poczucie powinności? – Mężczyzna nie dałby głowy, ale wydaje mu się, że napastnik uśmiecha się ironicznie. Choć może to figle panującego w pokoju półmroku. – Cenna rzecz, ale bardzo niepraktyczna. Moim zdaniem najczęściej przeszkadza w normalnym funkcjonowaniu.

– Nie będę o tym dyskutował. Na pewno nie z tobą.

– Może powinieneś. Może jestem jedyną osobą, z którą mógłbyś podyskutować o zasadach.

Mężczyzna zamyka oczy. Czuje się znużony. Zbyt długo już walczy. I zbyt wielką ponosi klęskę.

– Czego chcesz? – szepcze.

Zabójca cofa się o krok. Po uśmiechu nie został nawet ślad. Jest poważny. Niemal uroczysty.

– Zagrać o całą pulę. Z twoją pomocą. Albo bez niej.

 

DZIŚ

Przed południem

 

Poczuł, że jest szaleńczo głodny, ma zgoła wilczy apetyt i musi go zaspokoić teraz, natychmiast! Może to zasługa ostrego zakopiańskiego powietrza, a może po prostu nastrój chwili. Jakub nie zastanawiał się nad tym; wiedziony pragnieniem sięgnął do suwaka polarowej bluzy i gwałtownie zaczął go rozpinać. Był w połowie drogi do celu, kiedy żona odsunęła się. Jej oczy lśniły, a na ustach błąkał się zagadkowy uśmieszek.

– Kochany, jest czas siewu i czas zbiorów. Zasiałeś. Poczekaj, aż wzejdzie – powiedziała lekko schrypniętym altem.

– Wszystko, co miało wzejść, już wzeszło – jęknął Tyszkiewicz. Zrobił krok do przodu. Ona zrobiła krok w tył.

Jakub zatrzymał się. Znał Helenę na tyle dobrze, by wiedzieć, że na razie niczego więcej nie uzyska. Dotarło to do niego chwilę wcześniej; miłość jego życia oddała co prawda pocałunek, ale nie odłożyła trzymanego w lewej dłoni szkicownika.

Wysoka, smukła, czarnowłosa. Choć ubrana tylko w ciemnoszary dres, wyglądała oszałamiająco. Pięknie oprawione niemal czarne oczy nie wymagały podkreślania makijażem. Helena poza srebrnym, odziedziczonym po babce pierścionkiem nie nosiła żadnej biżuterii. „Złoto przynosi pecha”, mawiała. „Niejedno imperium przez nie upadło”.

Jakub, od kilku lat szczęśliwy mąż jednej z najbardziej znanych,

a na pewno najbardziej utalentowanych (Jakub na swój

prywatny użytek odrzucał określenie „jedna z”. Po prostu: najbardziej

utalentowana) malarek w kraju, oczywiście znał przyczynę

jej chwilowej oziębłości.

Helena tworzyła. Znajdowała się w stanie, który w przypływach dobrego humoru nazywała fazą wstępną. Jakub znał reguły: artystka nad najlepszymi dziełami pracowała w samotności, starannie redukując czynniki, które mogłyby ją rozpraszać.

Helena była malarką, której nazwisko odbijało się głośnym echem wśród koneserów malarstwa na całym świecie. Jej obrazy osiągały zawrotne ceny, wiele prestiżowych zachodnich galerii poczytywało sobie za zaszczyt, gdy mogły wystawić dzieła Heleny Berezowiec. Miała niezwykły dar mistrzowskiego operowania barwą, światłem i perspektywą. Malująca w lekko odrealnionym, jakby sennym stylu, z biegiem lat dorobiła się rzeczy najbardziej pożądanej przez każdego twórcę na świecie: wyraźnego, odrębnego, oryginalnego charakteru pisma.

Teraz z uwagą przypatrywała się widniejącemu za oknem Giewontowi.

Przez grubą zasłonę mgły i chmur na sekundę przebiło się słabe, anemiczne słońce, jego promienie akurat padły na północną ścianę góry; masywny, ośnieżony, dwugarbny szczyt z charakterystycznym stalowym krzyżem ekscytował spokojnym, niemal złowieszczym majestatem. Znany każdemu Polakowi widok Giewontu został powielony w milionach mniej lub bardziej kiczowatych landszaft ów, pocztówek i fotografii i tworzących całą gamę pamiątek z pobytu w stolicy polskich Tatr. Na ogół skłania ludzi do zadumy, podziwu, chęci wiernego odtworzenia monumentalnego widoku, albo chociaż oddania nastroju chwili. Widząc górę, malują górę. Albo słońce za górą.

Na Helenę podziałał zupełnie inaczej. Gdy Jakub zajrzał do szkicownika, ujrzał drzewo. Całkowicie realistycznie narysowane, z dobrze widoczną fakturą kory pokrywającej gruby pień, szerokie w barach, niemal przysadziste. Od normalnego drzewa różniło się jednak tym, że z gałęzi zamiast liści wyrastały ludzkie dłonie. Z długich, najprawdopodobniej damskich palców kapała na ziemię krew, błyszcząca ostrą czerwienią w świetle padających z prawej strony promieni słonecznych. Światło było dokładnie takie jak za oknem. Reszta różniła się jak noc od dnia.

Drzewo z krwawiącymi dłońmi jako metafora Giewontu. Ciekawe.

– Ciekawe – mruknął.

– Prawda? – Helena przypatrywała się górze. Różnobarwne kredki wykonywały na papierze szybkie, niemal niezauważalne ruchy. Dłoni przybywało. Krwi także.

Jakub po raz kolejny złapał się na tym, że sztuka jego żony fascynuje go w równym stopniu, co przeraża. Nie rozumiał jej, to z pewnością, ale przy tym bał się. Nie metafor, ukrytych znaczeń, przesłania: na te zaszyte głęboko sensy reagował z wrażliwością głuchoniemego zaprowadzonego do filharmonii. Bał się nastroju. Obrazy malowane przez Helenę dotykały takich zakamarków duszy, o których Tyszkiewicz nie chciałby niczego wiedzieć. Pokazywały, do czego naprawdę byłby zdolny, gdyby okoliczności zmusiły go do zrzucenia garnituru uszytego przez wychowanie, normy cywilizacyjne i prawo. I przecież nie tylko on; autorka tych wizji również oddawała w jakiś sposób to, co siedziało w jej własnej podświadomości. Kim tak naprawdę jest człowiek, który wydobywa na świat takie rzeczy?

Z drugiej strony: co on tu w ogóle robił? Jakim cudem wszechstronnie utalentowana artystka, wolny duch o niekiełznanej osobowości, zapierającej dech urodzie i ponadprzeciętnej inteligencji związała się z facetem, który owszem, może ma kilka zalet, potrafi być miły, a nawet dowcipny, ale w gruncie rzeczy jest człowiekiem prostym, powierzchownie wykształconym i z trudem reagującym na sprawy ducha?

Prawdziwa zagadka. Jakub próbował kilkakrotnie sprowokować rozmowę na ten temat, Helena niezmiennie obracała każdą taką próbę w żart. Nie uzyskał niczego, choć nie ustawał w wysiłkach. Kochał ją jak nikogo na świecie, a ona była tego w pełni świadoma. Sprawiała wrażenie osoby usatysfakcjonowanej.

To na razie musiało wystarczyć.

Jakub obserwował szkic z rosnącą fascynacją. Helena zdawała się go nie dostrzegać. Najpewniej nie pamiętała już o pocałunku. Skupiona, intensywnie przypatrywała się kamiennemu kolosowi.

– Wyjdę – powiedział, choć nade wszystko chciał zostać.

– Wrócę za godzinę. Lub dwie. I wtedy zbiorę plon, choćbyś miała mnie zastrzelić.

Helena kiwnęła z roztargnieniem głową.

– Wtedy zbierzesz – mruknęła. – I to nie ja będę z czegokolwiek strzelała.

Jakub cofnął się, założył kurtkę i wyszedł z pokoju, starając się jak najciszej zamknąć drzwi za sobą.

 

DZIŚ

Po południu

 

Presja czasu nieubłaganie wzrastała.

Gospodarz gabinetu miał najwyżej kilka minut, by podjąć decyzję. Najgorszą z możliwych.

– Zrekapitulujmy – powiedział.

– Oczywiście. Nasz człowiek nie zameldował o wykonaniu zadania. Nie stawił się w punkcie alarmowym. Pozostałe kontakty pozostały nieaktywne. Komórki milczą. Zniknął. Zniknął także Bagiński, jego cel.

– Miał zniknąć – zripostował gospodarz. Taki był powód gry: wynajdywanie słabych punktów rozumowania. Nim rozpoczną polowanie, muszą się upewnić, że postępują właściwie.

– Niezupełnie. Miał zginąć w wypadku. A tymczasem nie ma ciała ani dowodu, że cel nie żyje.

– Nie ma również dowodu, że pozostaje przy życiu.

– Zgadza się.

– Co dały poszukiwania naszego człowieka?

– Nic. Rozpłynął się w powietrzu.

– Dalej. Czy coś znaleziono w laboratorium?

– Pewne jest, że brakuje jednego z kluczowych elementów dokumentacji Pegaza, zarówno oryginału, jak i kopii. Również prototyp jest niekompletny. Bagiński wymontował z niego moduł zasilania, co powoduje, że wartość projektu spadła właściwie do zera. Trwają przesłuchania personelu, choć musimy robić to bardzo dyskretnie i wprowadzać tych ludzi w błąd co do powodu przesłuchań.

– Co mówi procedura?

– Nie przewidywała innego miejsca składowania dokumentacji niż laboratorium.

– Komputer?

– Dyski zostały profesjonalnie sformatowane.

– Dane ze sformatowanego dysku można odzyskać.

– Prace trwają. Na pewno nie skończą się wcześniej niż za tydzień. Dla naszych celów o tydzień za późno.

– Nie mamy żadnego śladu?

– Informator z konkurencji twierdzi, że nasz człowiek zgłosił się do nich i zaproponował spotkanie w Zakopanem. Chce przekazać informacje i dowody.

– Dlaczego tam?

– Bagiński przebywał w Zakopanem, to wiemy na pewno. Nasz człowiek tam właśnie go znalazł. I zniknęli obaj.

– Poszukiwania Bagińskiego?

– Trwają. Uruchomiliśmy wszystkie dostępne źródła informacji. Nadal nie mamy pewności, czy on żyje. Ale zakładamy, że tak.

– Wspomniałeś, że nasz człowiek ma przekazać dowody. Dowody na co?

– Tego informator nie określił. Przyjmujemy najgorszy wariant.

– Że przekaże dokumentację Pegaza i moduł?

– I być może wskaże adres, gdzie ukrył Bagińskiego.

– A zatem nasz człowiek jest zdrajcą.

Te słowa w końcu padły. Musiały paść.

Gospodarz gabinetu, niemłody, posiwiały mężczyzna nadal stał twarzą do okna.

Rok kończył się zimnym, pochmurnym dniem. Wspierany przez solidny mróz wiatr miótł wzdłuż ulicy zlodowaciałe drobinki śniegu, niemal do zera redukując aktywność przechodniów i znacznie ograniczając ruch samochodowy. O słońcu nikt nie słyszał od dwóch tygodni. Pogoda zniechęcała do życia nawet najbardziej zatwardziałych optymistów.

Gospodarz nie dostrzegał widoku za oknem, choć ten doskonale współgrał z jego nastrojem. Przed oczyma przemykał mu ciąg wydarzeń, który doprowadził do punktu, w którym się właśnie znalazł. Zastanawiał się, kolejny już raz, w którym miejscu popełnił błąd.

Może nie popełnił żadnego.

Odwrócił się wolno. Jego zastępca był młody, a jego twarz wyrażała niezdecydowanie. W odróżnieniu od niego gospodarz doskonale zdawał sobie sprawę, że niezdecydowanie to ostatnie, na co w tej chwili można sobie pozwolić. Zdrada jest zdradą i niczego nie zmieni używanie semantycznych sztuczek.

– O odbiorcach udało się dowiedzieć czegoś więcej?

– Nic ponad to, co już pan wie.

– Nadal nie mamy na nich chwytu?

– Nie w przypadku tej komórki. Są bardzo hermetyczni. Przykro mi. Nasz informator stoi za nisko w hierarchii.

– Próba blokady od góry?

– Analizowałem ten wariant. Ryzyko porażki jest niemal stuprocentowe. Mimo wszystko uważam, że najprościej będzie odnaleźć naszego człowieka przed spotkaniem i uniemożliwić mu przekazanie dowodów.

– Jest jeszcze Bagiński.

– Oczywiście. Bagińskiego musimy odnaleźć również. O ile żyje.

W głosie zastępcy nie było przekonania. Brał ten wariant pod uwagę, choć osobiście uważał go za mało prawdopodobny.

Gospodarz odwrotnie. Uważał go za dobrze pasujący do faktów.

Chwila wypełnionej namysłem ciszy. Cieniutkie brzęczenie szyby pod naporem wiatru. Daleki stukot obcasów na korytarzu. Gospodarz westchnął.

– Kiedy nastąpi spotkanie?

– Tego akurat informator zdołał się dowiedzieć. Jutro o dziewiątej.

– Idealna pora.

Współpracownik uśmiechnął się. Rzeczywiście idealna. W noworoczny poranek można się doskonale ukryć przed niepożądanymi spojrzeniami. Ale po chwili uśmiech przygasł, zanim nawet napotkał pełne dezaprobaty spojrzenie przełożonego. Zbyt wiele było do stracenia.

– Miejsce nadal nieznane? Zakopane to dość duże miasto.

– Grupa poszukiwawcza działa od wczoraj. Uruchomiła swoje kontakty. Szukamy bardziej konkretnej lokalizacji.

Gospodarz gabinetu zamyślił się.

Nie miał żadnego problemu ze zmierzeniem się z konsekwencjami decyzji, która musiała zostać podjęta. Nie czuł żalu ani wyrzutów sumienia. Tkwił na swoim stanowisku tyle lat, przeprowadził tyle operacji, zapobiegł tylu kryzysom…

Jednak tym razem problemem były skutki. Jeżeli zostanie popełniony choć minimalny błąd, jeżeli zawiedzie wsparcie lub wykonać zgodnie z planem, ale obiekt przedsięweźmie ponadstandardowe środki zaradcze albo zabezpieczenia…

Obiekt…

Cóż za pieprzone określenie.

Przez wiele lat zdecydowanie najlepszy pracownik gospodarza. Mający na swoim koncie sukcesy, o których inni mogliby tylko śnić. Potrafiący dotrzeć do ludzi, którzy zdawali się nietykalni. Umiejący starannie zamaskować cel operacji oraz swoje działania, do tego stopnia, że zainteresowane służby bezpieczeństwa szukały, o ile w ogóle, w zupełnie innych miejscach, niż powinny.

Dwanaście wspólnych lat. Niemal przyjaźń. I poczucie sensu podejmowanych działań.

– Zespół poszukiwawczy jest? – zapytał gospodarz. Zmiana tonu była tak wyraźna, że podwładny aż drgnął.

– Czeka. Tak jak pan kazał.

– Poproś.

Zastępca szybkim krokiem podszedł do drzwi, uchylił je i skinął głową. Drzwi bezszelestnie otworzyły się na całą szerokość i gęsiego weszło do pokoju sześciu mężczyzn. O żadnym z nich na pierwszy rzut oka nie dało się powiedzieć niczego konkretnego.

Wszyscy charakteryzowali się całkowitym brakiem cech charakterystycznych. Przeciętny wzrost, wygląd, wyraz twarzy, ubranie, chód, gestykulacja: gdyby wypuścić tych ludzi na ruchliwą ulicę, staliby się całkowicie niewidoczni. To, między innymi, świadczyło o ich kwalifikacjach. Ich umiejętności były bardzo różnorodne: o niektórych z nich nawet gospodarz gabinetu miał jedynie mgliste pojęcie.

Goście bez słowa zajęli miejsca przy niskim stoliku. Zastępca, nawet nie patrząc na szefa, usiadł u szczytu i przysunął do siebie otwartego laptopa. Bez słowa dwukrotnie kliknął myszką. Wiszący na jednej ze ścian ekran rozbłysnął. Ukazała się na nim fotografia człowieka, który był równie nijaki na twarzy jak przybyła przed chwilą grupa. Mógł mieć zarówno trzydzieści pięć, jak i pięćdziesiąt lat. Głęboko osadzone oczy beznamiętnie patrzyły wprost w obiektyw. Jedynie wąskie, zaciśnięte usta świadczyły o silnej woli i zdecydowaniu.

– Otrzymałeś podstawowe informacje?

Mężczyzna, do którego zwrócił się gospodarz, skinął głową. Używał pseudonimu Szary. Był dowódcą grupy. Sam wybrał i wyszkolił jej członków. Ponosił za nich pełną odpowiedzialność. Mógł na nich polegać.

– To wasz cel.

Szary nie wykonał najmniejszego gestu czy grymasu, ale gospodarz wiedział, że wypowiedziane przed chwilą trzy zdania zrobiły na nim kolosalne wrażenie. W każdej zakonspirowanej organizacji, najczęściej poruszającej się poza granicami prawa, największe niebezpieczeństwo stanowi nielojalność jej członków. Reguły są jasne i powszechnie akceptowane: zdrada jest niedopuszczalna, karana błyskawicznie i bezwzględnie. Jednak wszyscy, o czym nikt głośno nie mówi, modlą się codziennie, by nie nastąpiło to w ich organizacji, pionie, sekcji; przynajmniej nie wtedy, gdy mają dyżur. Lub w czasie prowadzonej przez nich operacji.

Niemniej takie rzeczy się zdarzają.

– Wyjedziecie natychmiast. Na lotnisku czeka śmigłowiec. W Zakopanem spotkacie się z grupą wsparcia. Jej dowódca uruchomił wszystkie dostępne kontakty. Możliwe, że do waszego przybycia będzie miał informację o prawdopodobnym miejscu pobytu obiektu.

– Możliwe? Prawdopodobnym? – zapytał Szary cichym, całkowicie bezbarwnym głosem. Idealnie pasującym do sylwetki. Nie do zapamiętania. Jego właściciel był arcymistrzem nijakości.

– Przepraszam za tak nieprecyzyjne określenie. Komunikaty o swoich aktualnych planach i miejscach pobytu cel ogłasza z irytującym opóźnieniem. – Gospodarz spotkania i szef wszystkich zgromadzonych w pokoju osób uśmiechnął się samymi ustami, podczas gdy jego oczy pozostały niepokojąco zimne.

– To ja przepraszam.

– Grupa wsparcia zrobi wszystko, żeby wam pomóc. Być może jej szefowi uda się dotrzeć do ludzi, wśród których ostatnio cel się obracał. Bardzo prawdopodobne, że będziecie wiedzieli, gdzie spędzi dzisiejszy wieczór.

– Zapewne nigdzie na widoku – ponownie zabrał głos Szary. – Nie będzie chciał ryzykować.

Gospodarz westchnął.

– Namierzycie go i zlikwidujecie. Macie czas do jutra do dziewiątej.

Szary spojrzał na ekran; nie po to, by utrwalić sobie twarz mężczyzny, którego miał ścigać. Znał nie tylko twarz, ale i człowieka. Wiedział o nim wszystko. Teraz jednak chciał po prostu mieć chwilę na zastanowienie, by precyzyjnie wyrazić uporczywie krążącą po głowie myśl. Przeniósł wzrok na gospodarza gabinetu.

– Nie można wykluczyć, że będą świadkowie.

Gospodarz skinął głową.

– Nawet więcej – powiedział. – Obiekt jest uzbrojony. Świadkowie łatwo mogą się przekształcić w zakładników.

– Co wtedy?

Znali kaliber sprawy. Odpowiedź mogła być tylko jedna. Mimo to chcieli ją usłyszeć.

Głos gospodarza brzmiał cicho, co w żaden sposób nie odbierało mu stanowczości.

I jakby pewnego rodzaju smutku.

– Obiekt to dobrze wyszkolony i bardzo utalentowany zabójca. Siedzi w branży dwanaście lat. Jest bezwzględny i zdeterminowany. Dlatego macie zielone światło dla wszelkich działań. Są tylko dwa warunki: mają być skuteczne i dyskretne. Stuprocentowo skuteczne i stuprocentowo dyskretne. To tyle.

Wszyscy wstali.

– Szary, zostań, proszę – powiedział gospodarz gabinetu.

Obaj czekali w milczeniu, aż za członkami grupy poszukiwawczej zamkną się drzwi.

– Przyjmujemy, że obiekt albo już zdobył, albo w ciągu najbliższych godzin zdobędzie dokumentację Pegaza. Macie ją odzyskać, a obiekt zlikwidować. Ale jest coś więcej. – Szef omiótł wzrokiem pokój, jakby chcąc się upewnić, że nikt prócz Szarego nie usłyszy tego, co ma do powiedzenia. – Pegaz nie jest celem samym w sobie. To klucz do globalnej operacji o długofalowych, strategicznych skutkach. Być może nadejdą momenty, że tobie czy twoim ludziom będzie wydawało się inaczej. Pamiętaj: cel jest znacznie ważniejszy niż Pegaz jako taki, życie Bagińskiego, obiektu, twoje, twoich ludzi czy nawet moje. Jasne?

– Tak jest.

– Rozumiesz zadanie?

– Pegaz musi zostać ponownie skompletowany.

– Bez względu na wszystko.

Spotkanie zakończyło się dokładnie trzydzieści sekund później.

* * *

Autor: Marcin Ciszewski
Tytuł: „Wiatr”
Fragment promocyjny opublikowany za zgodą Wydawnictwa i w porozumieniu z Autorem.

Więcej informacji:

  • O Autorze: http://www.znak.com.pl/autor/Marcin-Ciszewski/2279, Facebook: https://www.facebook.com/pages/Marcin-Ciszewski/210783849038527
  • O książce: http://www.znak.com.pl/kartoteka,ksiazka,4501,Wiatr
  • Audiobook: http://audioteka.pl/wiatr,produkt.html

Jedna myśl nt. „Wiatr (fragment promocyjny)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *