Fragment powieści Marcina Ogdowskiego „(Nie)potrzebni”

Fragment zamieszczam za zgodą Autora Marcina Ogdowskiego
oraz Wydawcy:
warbook.pl

Wioska Nani, prowincja Ghazni, Afganistan, 21 marca

– Panowie, z wozu, zapierdalamy na wąsy! – Pozbawiony subtelności rozkaz kaprala przerwał erotyczne fantazje Bartosza Rygasa. Starszy szeregowy spojrzał z wy- rzutem na siedzącego naprzeciwko podoficera – wiedział, że to nieracjonalne, ale mimo to miał mu za złe, że tak brutalnie sprowadził go na ziemię. Rygas nie był erotomanem. Równie często uciekał w wyobrażenia na temat męskich popijaw, którym z pasją zamierzał oddać się za- raz po powrocie do Polski, czy obżerania się przysmakami maminej kuchni. Tęsknił za pierogami, bigosem czy schabowym, tak jak tęsknił za kuflem dobrego piwa i zgrabną laską u boku. A wizualizacje wszystkich tych przyjemności pozwalały mu odciąć się od rzeczywistości. Od rozmyślań typu: „Jebnie czy nie jebnie?” – za każdym razem, gdy Rosomak wpadał w jakąś wyrwę w asfalcie.

Miny pułapki wciąż stanowiły największe zagrożenie dla żołnierzy ISAF. Nie dało się o tym zapomnieć, nie sposób jednak było nieustannie o tym myśleć. Ucieczka w świat fantazji – to był sposób Bartosza, zresztą, nie tylko jego. Rygas dobrze wiedział, że „odjeżdżają” wszyscy, z którymi siedział w ciasnym przedziale dla desantu.

– Dajesz, „Rygi”, otwieramy wrota. – Kapral skinął w jego stronę. Obydwaj siedzieli przy tylnych drzwiach Rosomaka.

Bartek westchnął. – Nienawidzę tych jebanych wąsów – powiedział, odryglowując i odpychając swoje skrzydło. – Luz, chłopie, jeszcze parę dni i będziesz się opierdalał w Bagramowie. – Podoficer opuścił wóz jako pierwszy. – Dalej, panowie! – ponaglił pozostałych. – Robimy prawą stronę drogi.

Rygas wyskoczył z Rosomaka zaraz za kapralem, uważnie się przy tym rozglądając. Nani tylko sprawiała wrażenie zwyczajnej ulicówki, przez którą przebiegała tak zwana autostrada numer jeden, nazywana przez żołnierzy hajłejem. Wioski – choć znajdowała się ledwie kilka kilometrów od bazy Ghazni – nigdy nie udało się spacyfikować. To zwykle z tej okolicy „szły” ostrzały polskiego obozowiska, to tu co kilka dni dochodziło do ataków na koalicyjne konwoje. Bartek dobrze więc wiedział, że w tak nieprzyjaznym terenie musi mieć oczy i uszy dookoła głowy.

Szczególnie na wąsach. Za tym niewinnym określeniem kryła się bowiem bardzo niebezpieczna praktyka. Żołnierze szli wzdłuż drogi, po obu jej stronach, szukając odciągów do min pułapek założonych pod jezdnią. Wypatrywanie cieniutkich, zwykle zamaskowanych kabli wymagało nie lada skupienia, które trzeba było pogodzić z koniecznością zachowania czujności. Bo ostrzał mógł nastąpić w każdej chwili, z dowolnej strony – z przodu, z tyłu, z boku.

– Kurwa mać! – zaklął Rygas. To łażenie w ciągłym napięciu nie było wcale lepsze niż jazda wozem w oczekiwaniu na wybuch ajdika. Ba, było nawet gorsze, bo transportery miały w końcu dość solidne opancerzenie. Bartek już wolał atakować ostrzeliwującego się przeciwnika, bo wówczas przynajmniej wiedział, przed czym, gdzie i kiedy ma się chować. A tu? „A tu jestem jak na tarczy strzelniczej…” – dokończył w myślach. „Jebane wąsy!” – raz jeszcze dał upust swojej złości.

– „Rygi” i „Olo”, sprawdźcie tę chatkę. – Kapral wska- zał na prowizoryczną budowlę jakieś sto metrów od skraju drogi. Bartek zatrzymał się. Zamiast iść, wolałby wypalić z granatnika zawieszonego pod lufą Beryla – i w ten sposób rozwiązać problem „gównianego szałasu” – ale wiedział, że nie powinien tak postępować. W środku mógł się kryć kozojebca z detonatorem, ale równie dobrze mógł tam być jakiś dzieciuch. „Gówniarz, co to spierdolił z domu ze świerszczykiem, którego dostał od Polaków czy Amerykanów” – „Rygi” zaśmiał się z własnego żartu. „I niechby nawet walił konia – dzieciuch to dzieciuch” – przekonywał sam siebie.

Mimo to irytowała go świadomość, że w szałasie naj- pewniej nikogo nie znajdą. A on i jego kumpel i tak będą musieli postawić ileś tam kroków, licząc na to, że nie wdepną po drodze na naciskówkę. Opadów śniegu tej zimy w zasadzie nie było, silnych przymrozków też nie

– ziemia sprzyjała więc kopaczom, jak nazywano Afgańczyków zakładających miny. Te przeciwpiechotne – zakopywane z intencją wysadzania chodzących na wąsach ludzi – narobiły Polakom w ostatnich miesiącach sporych szkód. Nikt co prawda nie zginął, ale kilkunastu chłopaków odesłano do kraju z pourywanymi kończynami.

– Chodź, „Olo”. – „Rygi” skinął na kumpla. – Miejmy to z głowy – dodał, widząc pełne zrozumienia spojrzenie szeregowego.

Gdy byli w połowie drogi, spostrzegli grupę dzieciaków biegnących od zabudowań wioski. „Jest dobrze” – ucieszył się Bartosz. „Skoro są małe szuszaki, to nie powinno być niespodzianek”.

Chatka była pusta – ledwie zdążyli to stwierdzić, gdy otoczyło ich sześciu chłopców, z których najstarszy miał najwyżej dziesięć lat.

– Spierdalaj, mister! – „Olo” markowanym kopniakiem przepędził jednego z nich. Chwilę wcześniej malec złapał za jego Beryla, nachalnie domagając się jakiegoś podarunku. To było okrutne, lecz konieczne zachowanie – młodzi Afgańczycy, gdyby im pozwolić, weszliby Polakom na głowy. Wołając przy tym: „Mister, mister!”. I mając gdzieś ich karabiny.

– Poszedł, kurwa! Już! – Bartosz pogonił pozostałych chłopców, mało nie wybuchając śmiechem, gdy któryś z nich zatrzymał się, spojrzał mu prosto w twarz i prowokująco przedrzeźniał jego mimikę i ruchy głową.

Po kilkudziesięciu sekundach mieli spokój – dzieciarnia pobiegła w stronę kolumny na drodze.

– Ooo, leci jeszcze jeden – zauważył „Olo”. Istotnie – na oko pięcioletni brzdąc w za dużych ka- loszkach z roześmianą buzią pędził wprost na nich. I nagle, będą niemal u celu, potknął się i rozpłaszczył na ziemi. Rygas mimowolnie ruszył w kierunku chłopca, ten jednak – jak oparzony – zerwał się zaraz na równe nogi. Oczy miał szkliste, widać było, że powstrzymuje się przed wybuchem płaczu. Bartek uśmiechnął się, pełen uznania dla takiej hardości, po czym sięgnął do kieszeni spodni i wyjął wysokokalorycznego batonika. Dzieciakowi na widok kolorowego opakowania twarz się rozpogodziła. Wyciągnął dłoń.

Nie zdołał jednak odebrać poczęstunku. Jakaś potężna siła rzuciła nim, niczym szmacianą lalką, do przodu. Malec uderzył w Rygasa i martwy, z dziurą w plecach, osunął się po jego nogach.

Przez kilka sekund Bartosz stał osłupiały, patrząc na leżące u stóp ciało dziecka. Zupełnie nie słysząc świszczących w pobliżu kul.

– Kontakt! Mamy kontakt! – Padł wreszcie, krzycząc do słuchawki radia. A widząc zakrwawione ramię kumpla, dodał: – „Olo” jest ranny!

* * *

Więcej informacji o książce: http://warbook.pl/ksiazka/42/niepotrzebni
Zobaczcie też Blog autora: http://zafganistanu.pl

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *