Blask

Siedział na niewielkim i niewygodnym, ale zadziwiająco solidnym krzesełku przed kawiarnią. Na małym, okrągłym stoliku przed nim stał pusty kartonowy kubek po kawie z nadrukowanym słabej jakości offsetem napisem Coffee Paradise i obejmujące go czule zausznikami jego ulubione okulary przeciwsłoneczne. Z początku usiadł tyłem do światła, ale po chwili przesiadł się na drugą stronę stolika, aby niskie, wiosenne, ale zaskakująco silne słońce mogło świecić mu prosto w twarz. Nie widział przez nie dosłownie nic – bo o tej porze roku prażyło już całkiem nieźle – ale nie przejmował się tym. Bo usiadł tu nie tylko dlatego, że nie lubił – jak nakazywała jakaś dziwna, ale najwyraźniej bardzo powszechna moda – pić kawy w trakcie energicznego marszu chodnikiem, jakby niesiony przed sobą, parzącym palce kubek był z jakiegoś niezrozumiałego powodu powodem do dumy, ale także dlatego, że postanowił właśnie tym słońcem, rzadko ostatnio się pojawiającym, choćby przez chwilę się nacieszyć.

Rozsiadł się wygodnie, położywszy zszargany plecak w kącie pod stołem obok swoich nóg tak, aby nikt z przechodniów nie był w stanie niepostrzeżenie go zgarnąć i oparł się na niskim, niewygodnym oparciu, stopniowo odchylając nieśmiało głowę, aż z ulgą natrafił na znajdujący się tuż za nim filar budynku.

Tuż obok, dosłownie na wyciągnięcie ręki, rwał strumień rozgadanych ludzi, spieszących w to piątkowe popołudnie do domów. O pośpiechu, z jakim mieszkańcy metropolii pragnęli zakończyć ten tydzień, świadczył choćby fakt, że był wszystkie kawiarniane stoliki, wciśnięte w niewielką niszę chodnika tuż przed taflą okna kafejki, były puste, co aż dziwiło w tym zrelaksowanym zwykle mieście. Gdy chwilę wcześniej zastanawiał się nad zatrzymaniem się tutaj na tańszą o tej porze dnia, pyszną latte, zakładał, że pójdzie z nią do pobliskiego parku, sądząc, że te dosłownie kilka miejsc na słońcu będzie szczelnie wypełnione.

Siedział tak, niezdecydwany, jak długo tu zostać, i czy zamówić u urzędującej dziś za kontuarem Nadii coś jeszcze, czy też posiedzieć tu tak, po prostu, czy też udać się w dalszą drogę. Rzecz w tym, że nigdzie się nie spieszył. Wreszcie, po krótkim wewnętrznym sporze postanowił, że da sobie na razie chwilę wytchnienia. Usiadł jeszcze wygodniej i spróbował zamknąć oczy, czego z jednej strony trudno było nie zrobić w oślepiająco jaskrawym blasku świecącego prosto w źrenice słońca, a z drugiej – przyszło mu z niemałym oporem. Zamknąć oczy i zdać się na słuch i dotyk, siedząc przy ocierającej się o niego rzece obcych ludzi? To nie było łatwe. Co chwila otwierał je nieznacznie, mrużąc i monitorując potok sylwetek, falujących pod słońce długich włosów kobiet, refleksów w okularach eleganckich młodych wilków lokalnych korporacji, rozmytych kształtów zarośniętych twarzy licznych przybyszów z innych kontynentów. Jak tu się odprężyć? To nie pusta, bezpieczna i cicha łąka ani górska grań. Czy plecak nadal będzie przy jego nodze, gdy otworzy oczy ponownie? Czy na stoliku nadal będą okulary?

Skrzywił się w duchu, zdawszy sobie sprawę z paranoiki tego toku rozumowania. Nikt przecież nie zwracał jednak na niego najmniejszej uwagi. Spróbował się rozluźnić, wygodnie opierając sobie łydkę jednej nogi w poprzek na kolanie drugiej. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, jak jest spięty. Skupił całą świadomość na swoich mięśniach, odszukując w mózgu ośrodek sterowania każdym z nich i próbując każdy z osobna rozluźnić. Oparł się bezładniej o nagrzany beton filaru. Rzucił jeszcze raz okiem spod ledwie uchylonej powieki na okrągłą taflę, na której niezmiennie stał kubek z niedopitą kawą i leżały okulary. Już prawie zamknął oczy, obiecując sobie, że przez parę minut ich nie otworzy, gdy do kawiarnianego ogródka weszła jakaś postać, mijając go tak blisko, że otarła się  lekko o jego kolano.

Spojrzał mimo woli. Niezbyt dobrze widoczna pod słońce dziewczyna z długimi włosami niosła tackę z kieliszkiem wina i kanapką. Nie rozglądając się specjalnie, usiadła przy stoliku obok, nieco po przekątnej, plecami do niego.

Ogarnął wzrokiem jej sylwetkę. Od szpilek, bo krągłość uda, zakrytą rozpoczynającą się w jego połowie spódnicą, po lekką, skurzaną biodrówkę i spadający na nią wodospad falującej czerni. Z twarzy ze swojej perspektywy widział tylko ucho, linię policzka i prosty, zgrabny nos. Potem jego wzrok przeniósł się na pękatą lampkę białego wina, w którym skupiało się i barwiło na żółto ostre światło popołudnia i na obejmujące jego podstawę dłonie.

Nie rozglądając się – choć z pewnością była świadoma jego obecności – dziewczyna sięgnęła po kanapkę.

Spróbował znów zamknąć oczy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *