Obiecałeś mi lody!

Niedzielne przedpołudnie mijało leniwie. Powoli odchodziły w zapomnienie wszystkie złożone obietnice i zapewnienia dotyczące spędzenia weekendu. Lody na rynku, basen, udział w szkolnym turnieju ping-ponga, wyjście do ZOO – szczęśliwie udało mi się skutecznie zmylić przeciwnika i nie pojawić na żadnej z wyżej wymienionych imprez. Czas grał na moją korzyść – każda godzina zmniejszała prawdopodobieństwo udziału w jednej z tysięcznych, weekendowej atrakcji. Dodatkowo, dni są teraz krótkie, a ładna, słoneczna pogoda to wyjątek. Aż grzech nie wykorzystać takiego pięknego dnia w przededniu zimy. Innymi słowy, pławiłem się w grzechu.

– Przecież obiecałeś… – Marek był niepocieszony. Był już wczoraj na podwórku z kolegami, odrobił lekcje, pobawił się dziś rano kolejką elektryczną oraz rozegrał 18 partii w JackJoga na swoim tablecie, ale mimo tych atrakcji cały czas nie mógł się doczekać obiecanego wspólnego wyjścia na miasto.

– Widzisz, synu, pogoda się psuje, nadciąga atlantycki niż. Jaskółki szukają już bezpiecznych kryjówek przed nawałnicą i lodowatym wiatrem… – tłumaczyłem potrzebę dalszego siedzenia przed telewizorem, zerkając z nadzieją na niebieskie niebo za oknem. Niestety, ni chmurki. Zbliżającym zmierzchem również nie mogłem się wymigać. Było za wcześnie. – Mam mnóstwo spraw do nadrobienia, nie wyrwę się tak nagle…

Brak czasu to była ostatnia wymówka, jaka przyszła mi do głowy. Na próżno.

– Idźcie, idźcie. Nie ma nic lepszego niż niedziela z rodzinką. O pilne sprawy się nie martw. Popilnuję ci fotela. Nikt nie zajmie – wsparła mnie małżonka ze złośliwym uśmieszkiem. Dobrze, że nie wspomniała o tym, że jaskółki już kilka tygodni temu odleciały na południe. Spiorunowałem ją wzrokiem i podniosłem się powoli z legowiska, mając jeszcze ostatni promyk nadziei, że nagle los się odmieni i coś powstrzyma ten nieuchronny koniec leniuchowania. Jednak nic się nie wydarzyło. Poszedłem do łazienki i obmyłem twarz zimną wodą na rozruszanie ciała i mózgownicy.

– Tato, idziemy? – Z przedpokoju poganiał mnie ubrany już Marek.

– Idę już, idę – uspokajałem ten pośpiech. Spojrzałem w lustro, wzdychając ciężko. Nagle zamarłem. Kropelki wody, które osiadły na szklanej tafli po moim pryśnięciu ułożyły się w napis: „Kara”. Stałem chwilę zaskoczony. Spojrzałem na lustro pod innym kątem, ale woda po sekundzie spłynęła lub wyparowała i nie dało się dłużej odcyfrować tego napisu. Nie, to niemożliwe. Z pewnością mi się to wydawało. Jak przypadkowe ułożenie kropelek ma dać litery, a tym bardziej słowo? A jednak nie mogłem przestać o tym myśleć.

– No, tato – poganiał mnie Marek. Żona nieomal wypchnęła nas na zewnątrz.

Szedłem przez chwilę zamyślony, ale ruch na świeżym powietrzu ma właściwości wietrzące złe myśli, więc po kilkuset metrach zarzuciłem rozmyślania o karze. Jaka kara? Za co? Bzdura.

– Pojedziemy na rynek autobusem – zaproponowałem. Poszliśmy na przystanek. Wyciągnąłem drobne. – Masz tu pieniądze. Kup bilety w automacie. Dla ciebie ulgowy, to będzie razem trzy złote.

– Trzy sześćdziesiąt. Była podwyżka od pierwszego. Trzeba być na bieżąco, panie starszy, wszędzie o tym trąbili – zaburczała jakaś staruszka o lasce, również czekająca na przystanku.

Panie starszy? Przecież ona ma z osiemdziesiąt lat! Kto tu jest starszy? Mruknąłem gniewne „Dziękuję”. Po kilku minutach zajechał autobus. Usiedliśmy, wóz ruszył. Nie minęło kilkanaście sekund jak znajoma babcia stanęła nad nami i stuknęła laską w nalepkę pod oknem.

– Tu tylko dzieci, kobiety w ciąży i inwalidzi. Reszta won! – zrugała mnie za zajęcie miejsca dla uprzywilejowanych, przekrzykując ryk silnika. Rozglądnąłem się, było wiele wolnych miejsc. No cóż, miała prawo. Wymruczałem zdawkowe przeprosiny i się przesiedliśmy. Wybrałem miejsce jak najdalej od bojowej staruszki. Czułem się nieswojo, tym bardziej, że działo się to wszystko przy dziecku. Po kilku minutach jazdy się rozluźniłem. Co tam babcie! Czas zacząć miłe popołudnie z dzieckiem.

– A wiesz, Mareczku, że teraz jedziemy przez najstarszy most w mieście? Stał tu jeszcze… Ho, ho, dawno temu – zakończyłem dość nieefektownie swoje nauki. Siedzący za nami jegomość się odwrócił, zaciekawiony moimi rewelacjami.

– Konkretnie, położono go w 1754 roku, ale nie jest najstarszy. Był jeszcze inny, starszy. Na drewnianych palach od ulicy Grodzkiej. Spłonął podczas Wojen Napoleońskich – poinformował nas spokojnie i odwrócił się do przerwanej lektury.

Wściekłość zabuzowała w moim wnętrzu. Co to za towarzystwo? Nawet spokojnej przejażdżki nie można odbyć, bo zaraz się jakiś mądrala włącza!

– Tak, tak, dziękuję panu – wycedziłem przez zaciśnięte zęby i zamilkłem, bojąc się ataku kolejnej ciekawostki historycznej.

Wysiedliśmy koło rynku. Nasze miasto było stare i mieliśmy wiele historycznych budynków w centrum. Uwolniony od towarzystwa autobusowych besserwisserów rozluźniłem się nieco i wędrowałem z małym przez naszą piękną starówkę.

– To bardzo stara pompa. Kiedyś nie mieli w domach wody i musieli nosić stąd w wiadrach. A ścieki wylewali po prostu na ulicę. A to, widzisz, bardzo stare kamienice. Mieszkali w nich kupcy i mieszczanie, jeszcze za Kazimierza Wielkiego, albo i dawniej…

W tym momencie z zaułka wyszła grupa turystów z przewodnikiem. Przewodnik ryczał przez mały megafon, tak, aby każdy go dobrze usłyszał. Niestety, usłyszałem również ja.

– Przed nami kompleks renesansowych kamieniczek wybudowanych jako budynki mieszkalne dla znaczniejszych dworzan tutejszego magnata. Jest to jeden z nielicznych na ziemiach polskich przykładów tak wykwintnego budownictwa dla służby. Często myli się je nawet z siedzibami kupców i mieszczan, powstałymi dużo wcześniej, za czasów Kazimierza Wielkiego, przy Małym rynku i na ulicy Grodzkiej… – ryczący megafon oddalił się. Ja również zamilkłem obserwując reakcję Marka. Wydawał się być nieporuszony. Zatliła się we mnie nadzieja, że nie słuchał charczącego megafonu przewodnika. A może nawet wcześniej mnie nie słuchał?

– Chodźmy w końcu na te lody – Marek miał właściwie jeden cel tej wycieczki. Było to, w gruncie rzeczy, bardzo pocieszające.

– Tak, tak. Jasne. Po lody – popędziliśmy do kawiarni. Miasto było historyczne, ale odwiedzane przez niewielu turystów, a do tego panowała grudniowa aura. Dość powiedzieć, że lody w centrum sprzedawano tylko w „Kryształowej”. Siedzieliśmy już po kilku minutach przy stoliku szukając w karcie dań obiecanego deseru. Była tam proponowana jedna pozycja tego typu o kuszącej nazwie „Pucharek sułtański”.

– Pucharek razy dwa – rzuciłem w stronę kelnera tonem zblazowanego milionera.

– Nie ma. Danie sezonowe. Polecam jabłecznik lub tiramisu – odparł beznamiętny głos specjalisty od niszczenia dziecięcych marzeń. Napotkałem przerażony wzrok Marka wbity w moje oczy i wyrażający jedno grzmiące pytanie: „Jak to? Obiecałeś!”. Przełknąłem nerwowo ślinę. Nie! To przekracza wszelkie granice. Ile jeszcze kłód rzucą mi pod nogi? Po chwili nadciągnęła fala gniewu i postanowienie – Tu się nie dam załatwić! Podniosłem się znad stolika z ponura miną, chwyciłem mężczyznę za łokieć i pociągnąłem za kotarę przejścia do kuchni.

– Panie! Co pan? Bo ochronę wezwę! – kelner się wyrywał i pieklił wobec ataku na swoją nietykalność.

– Panie. Bądź pan człowiekiem. Błagam – zasyczałem mu do ucha, tak, aby głosy nie wychodziły za kotarę. – Synowi obiecałem. On mi tego nie zapomni, jak dostanie ciastko albo to…tego… timasiuru, czy jakoś tak. Że mostu albo kamieniczek nie znam – trudno, ale lody to podstawa. Bądź pan człowiek. Pomóż – wyszarpnąłem banknot stuzłotowy i wcisnąłem w garść przerażonego kelnera.

Ten zrozumiał, że ma do czynienia z desperatem. Bez słowa wziął stówę i poszedł na zaplecze. Miałem nadzieję, że nie zawiedzie. W drodze zza kotary obróciłem się jeszcze do tyłu z groźną miną i warknąłem, tak, żeby mnie syn usłyszał:

– Jak mówię, że lody, to mają być lody! Zrozumiano, jeden z drugim?

Następnie zająłem swoje miejsce puszczając oko do Marka. W rzeczywistości siedziałem jak na szpilkach. Minuty mijały. Zaczynałem już wątpić w skuteczność zakotarowych rozmów. W końcu kelner wychynął z dwoma pucharami pełnymi sułtańskiego przysmaku. Mrugnął do mnie okiem i postawił je na stole.

– I co, jak było? – dopytywała się małżonka po naszym powrocie.

– Super! – zakrzyknął Marek. – Tata najpierw mi opowiedział mnóstwo ciekawostek o naszym mieście. A potem poszliśmy na lody. A jak kelner powiedział, że nie ma, to tata go pobił, okrzyczał i wypędził do fabryki lodów po zakupy. Tata jest super!

Szanowna połowica zamarła słysząc te rewelacje. Spojrzała pytająco w moją stronę. Ja wydąłem wargi z miną typu „Taki już jestem twardy gość”. Następnie zasiadłem w fotelu przed telewizorem z pilotem w ręku. Do głowy przypałętało się ponownie wspomnienie mokrego napisu na lustrze. Nie, to musiało być złudzenie.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *