Tajemnica służbowa (rozdział 5, ost.)

— …i Szef byłby cię zabił, gdyby nie to, że i tak nie wyglądałeś na żywego. Baliśmy się, że zabrakło ci tlenu. Byłeś cały siny.

Spoglądam na porucznik Strauss z lekkim rozbawieniem. Przez otwarte okno wpada do pokoju woń ogrodu. Wiosenny wiatr porusza żaluzjami, a słońce śle ostatnie, białe promienie na ścianę nad moim łóżkiem. Na werandzie kładą się długie, wieczorne cienie.

— Ile ja tam leżałem?

Strauss kręci głową.

— Nie słuchałeś mnie uważnie. Mówiłam, że około czterdziestu minut. To przez tą śluzę; zacięła się i otworzyliśmy ją dopiero, gdy moduł wyleciał z ładowni. Mówię ci, jak huknęło… Myślałam, że cię żywego nie zobaczę. Miałeś szczęście, że przywiązałeś się za tym metalowym progiem. Jemu tylko zawdzięczasz życie.

Nie kojarzę.

— Jakim progiem?

— No, ożebrowaniem ściany. Zasłoniło cię przed wybuchem detonatorów.

Siedzi przy moim łóżku. Spogląda na mnie z sympatią w oczach, a ja próbuję przypomnieć sobie możliwie dużo. I, o dziwo, odkrywam, że pamięć nie uroniła najmniejszego szczegółu z tego, co się stało. Pamiętam wszystko z przerażającą wyrazistością. Nigdy chyba nie będę w stanie wmówić sobie, że to był tylko zły sen. Chociaż tak bardzo przypominało to sen.

— Opowiadaj — proszę ją, przerywając chwilową ciszę.

— Neurolodzy zgłupieli, gdy badali twój przypadek. Badał cię też wojskowy neurolog…

— Larisa — przerywam jej — nie mów o tym na razie, proszę cię. Powiedz, co się stało z modułem.

— W porządku — w jej głosie wyczuwam nutę urazy. — Jak sobie życzysz. A więc moduł udało się złapać na wiązkę i trzymając go półtora kilometra od statku, dociągnęliśmy go na orbitę CF. Tam go zostawiliśmy, zgłosiliśmy kontroli przestrzeni jako strefę zakazaną dla ruchu i … niech się inni martwią. To coś… — uśmiechnęła się niepewnie, jakby bała się, że użyje nieodpowiedniego terminu — to coś… niezwykłego. — Roześmiała się głośno.

— Pewnie, że niezwykłego — zgadzam się z nią, rozbawiony.

— Wszystko wróciło do dawnego stanu, gdy tylko się go pozbyliśmy z ładowni. To potwierdza naszą teorię, nieprawdaż?

Potakuję.

— Odzyskaliśmy sto procent mocy w czterdzieści trzy i pół godziny.

— Szybko.

— O, tak. Ale nie było nam tak wesoło. Baliśmy się o ciebie. Marh nie sypiał po pół nocy, czuwając. Był bardzo rozdrażniony w tamtych dniach. No i nie zrobiłeś nam tej przyjemności i ocknąłeś się dopiero tu, na Stacji.

Wpatruję się w gwiazdy i marzę o błękitnym niebie — przywileju naturalnych planet; tu, na Stacji, rzeczy niemożliwej. Mamy słońce we dnie, mamy księżyce nocami, mamy nawet wiatr. Mamy tu nawet ciążenie — prędkość obrotów gigantycznego pierścienia naszej stacji dobrana jest tak, aby przyspieszenie dośrodkowe równe było ziemskiemu. Ale brak nam błękitu. Postanawiam sobie, że nie będę marnował tu życia i gdy wrócę do sił, zrobię sobie wakacje — na Ziemi.

— Co cię trapi? — pyta, poważniejąc, Larisa.

— Jednego ciągle nie wiemy. Co spowodowało wybuch na waszym statku.

— Niestety. Nie potrafię powiedzieć.

— Ja myślę, że potrafisz. Tylko nie chcesz, żeby o nich — spoglądam jej w oczy — tak myślano. Źle myślano. Że mieli coś sobie do zarzucenia, tak jak ja. Może coś poważnego, nie wiem. Ale mieli. I że wtedy to ich doprowadziło do zguby.

Milczy.

— Bo ja — kontynuuję — się domyślam. Czy było poza grodzią, w okolicy waszych próbek, coś wybuchowego?

Spuściła oczy.

— Adrian — zwróciła się do mnie po imieniu — ja nie chcę dawać nikomu poszlak. Nawet tobie.

— Chcę tylko wiedzieć. Tylko ja. Jestem w to zamieszany, mam prawo wiedzieć.

Wzdycha ciężko i poprawia odświętny, zarysowujący dyskretnie jej figurę mundur.

— Najtęższe głowy w Federacji będą chciały wyrwać ci tę tajemnicę. Nie chcę zrzucać na ciebie tego ciężaru. Będziesz przepytywany godzinami. Możesz się ugiąć.

— Nie będą pytali mnie o twój statek — argumentuję naiwnie.

— Ale myślisz, że nie skojarzą wreszcie, jeżeli im opowiesz, co się z tobą działo? To bardzo łatwo powiązać.

— Dobrze. Nie mów mi. Ale ja ci powiem. Oczywiście, nie musisz mi odpowiadać, czy zgadłem, czy nie.

Odchyla lekko głowę do tyłu i poprawia sobie włosy.

— Słucham.

— Nie wybuchł piach. On, moim zdaniem, nie posiada takich właściwości. Posiada za to inne. Żre energię, to fakt, i nie mam pojęcia, w jaki sposób. Nasi naukowcy będą mieli z tym niezłą zagwozdkę na najbliższe lata. Ale gdy już uzbiera trochę tej energii, emituje coś, co zakłóca fale myślowe i procesy nerwowe. Efekty — — mania autodestrukcyjna, na przykład.

Patrzy znów na mnie. Uwielbiam te jej oczy. Są ciemne, czujące, głębokie. Można się w nich doszukać różnych uczuć, ale zawsze są to uczucia szczere i nieukrywane. Można w nich znaleźć to, co usta nie zawsze mogą otwarcie wyznać. Starożytni Grecy wierzyli, że w oku ukryta jest dusza człowieka. Jest w tym chyba trochę prawdy.

— Wydaje mi się, że pod wpływem takiego stanu, jakiego ja doświadczyłem, w takiej niesamowitej depresji, to właśnie ci dwaj spowodowali eksplozję. Nie próbek — czegoś innego. Tlenu, paliwa… a może, jeżeli mieli pod ręką broń, użyli jej, aby ze sobą skończyć i strzelając, niechcący uszkodzili poszycie promu. Być może właśnie to wywołało dehermetyzację. Można by tym właśnie usprawiedliwić tak powolny spadek ciśnienia — otwory po strzałach byłyby o wiele mniejsze, niż nieszczelności spowodowane wybuchem. To tylko bezpodstawna hipoteza…

Nagle dostrzegam, że w oczach kręcą jej się łzy. Nie powinienem o tym mówić. Popełniłem błąd, czuję się fatalnie. Ona nagle nie wytrzymuje i ukrywa twarz w dłoniach. Aż mi głupio. Dźwigam się na posłaniu i delikatnie ją obejmuję. Nie protestuje.

— Przepraszam. Jestem skrajnie niedelikatny. Wybacz mi.

— Nie szkodzi — szepcze. — Nic się nie stało. Wykończyło mnie ostatnie dziewięć miesięcy.

Nie puszczam jej. Czuję na twarzy jej włosy. Pachną cudownie. Całuję ją w czoło.

— Gdyby starczyło mi sił, zabiłbym się wówczas. Oni… oni może nie mieli tyle na sumieniu, co… ja. Ale byli silniejsi, i to ich zgubiło.

— Muszę już iść — mówi po dłuższej chwili milczenia i bardzo delikatnie oswobadza się z moich ramion. — Ale wpadnę jeszcze — uśmiecha się przez łzy. — A ty zyskuj szybko siły. Chwała Bogu, że ci minął ten paraliż.

Kręcę głową. — Może lepiej nie wpadaj. I tak się wkrótce zobaczymy. A ja będę niedługo wyjeżdżał. Ty też wyjedź. Musisz odpocząć.

Wychodzi, śląc mi od drzwi jeszcze jeden uśmiech. Nie, nie chciałem pytać jej o notatnik. Niektóre rzeczy po prostu muszą pozostać niewyjaśnione. Może kiedyś sama mi opowie. Byłem przez chwilę świadkiem jej słabości, one była też w takim momencie przy mnie. Jakaś niewidzialna nitka zażyłości się pomiędzy nami z pewnością zawiązała. Słyszę szmer odjeżdżającego samochodu. Wdycham głęboko powietrze wieczora. O niebo lepsze, niż w wahadłowcu, ale musi być o wiele gorsze od powietrza na Ziemi. Teraz, gdy planeta się regeneruje, gdy podobno znów czuć ozon i jod niesiony przez wiatr od oceanu i gdy przywiezione rok temu ze Stacji sto dwadzieścia milionów młodych drzew rozwija swoje liście, dając planecie, która je niemal unicestwiła, jeszcze jedną szansę powrotu do życia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *