Kręcę głową, gdy zdaję sobie sprawę, że ten tekst ma… 20 lat! Publikuję go jako swego rodzaju eksponat historyczny. To opowiadanie, które napisałem jeszcze na początku liceum, z pewnością bardzo naiwne, bynajmniej nie wolno od błędów logicznych, warsztatowych, językowych. Mam jednak do niego sentyment i to od niego zaczął swoje istnienie serwis “… to tylko fikcja” w swojej pierwszej, dwudziestowiecznej odsłonie. Może i tym razem ten tekst przyniesie mu szczęście. Potraktujcie go, proszę, z lekkim przymrużeniem oka. Dobrej zabawy!
Rozdział 1
— Mamy to cudo, szefie — woła Marh, gdy tylko podchodzimy pod moduł. Stojące tuż nad krawędzią krateru słońce przegląda się w jego hełmie. Każdy krok wzbija chmury kurzu.
— Na miłość boską, postawcie to na ziemi! Powinniście jednak byli wziąć wózek. Wykończy was ta grawitacja — zatrzeszczało w słuchawkach. — Otwieram. Najpierw Marh.
Cofam się o pięć kroków. Uginają się pode mną kolana. Ciężko dyszę. Czuję, że wbrew dokonanej przed wyjściem w teren ekspertyzie, za mało tlenu ma tu atmosfera. Albo ja — za małą objętość płuc.
Nad głową Marha pojawia się okrągły otwór. Wysuwa się z niego chwytnik i Marh podaje mu z wysiłkiem zasobnik. Metalowe łapsko znika w dziurze. Po chwili wolno wysuwa się z niej metalowa drabina.
— Można wchodzić — słyszymy. Marh chwyta się szczebli i niezdarnie, bo przeszkadza mu sztywny kombinezon, wdrapuje się do środka. Gródź zamyka się. Zanim w śluzie ustali się ciśnienie, minie parę minut.
Między czterema masywnymi filarami amortyzatorów ściele się gęsty wieczorny cień. Niebo płonie nad kraterem, na dnie którego stoimy. Widać jeszcze pół ognistej tarczy, grzęznącej za jego poszarpaną krawędzią. Tumany kurzu tańczą wokół modułu, wzbite sikającym z zaworów powietrzem.
Hełm nie pozwala mi patrzeć do góry, muszę się więc odchylić do tyłu, by ujrzeć niebo. Widziane przez przyciemnioną szybę hełmu przybiera ciemnogranatową barwę. Na jego tle rysuje się srebrzysta, połyskująca w ostatnich blaskach zachodu kopuła naszego modułu. Widzę już pierwsze gwiazdy. Okręcam się w miejscu, by rozejrzeć się dokładniej. O ile mi wiadomo, ostatnia załogowa wyprawa z naszej stacji była tu ponad dwanaście lat temu. Chłonę więc wzrokiem krajobraz — pustynny, surowy, nieprzyjazny. Rozglądam się podekscytowany. Ale coś jest nie tak z wentylacją mojego kombinezonu, bo szybka z wolna zaczyna zachodzić parą. Nie czuję ciepła, ale też nie marznę, choć na zewnątrz panuje temperatura około minus pięćdziesięciu stopni Celsjusza. Kątem oka dostrzegam mrugające, czerwone światło. Odwracam się. Powoli otwiera się właz.
— Gotów?
— Gotów.
Chwiejnym, ciężkim krokiem podchodzę do drabinki. Tęsknię za momentem, gdy wyrwiemy się wreszcie tej nieludzkiej grawitacji. W kotlinkę czarną rzeką mgły wlewa się mrok. Robi mi się nieswojo i obejrzawszy się raz jeszcze, gramolę się do śluzy. Czteroczęściowe drzwi zasuwają się za mną płynnie, szukając nawzajem swoich zamków smużkami lasera. Sykają wreszcie, zatrzaskując się cicho. Siadam, zmęczony, na strapontenie pod ścianą i czuję, jak spada ciśnienie. Dzwoni mi w uszach. Kombinezon pęcznieje jak balon i gdy barometr wskazuje tysiąc hektopaskali, otwierają się wewnętrzne drzwi śluzy. Czeka tu już na mnie Marh. Z satysfakcją oddaję mu hełm.
— Nigdy więcej! — mówię, przetykając sobie palcami uszy.
— Zrobiliśmy dziś ładne dziewięć kilometrów. W tych blachach. Kapitan jest już na górze.
— Gdzie puszka?
— Prawie na niej siedzisz.
Odskakuję jak oparzony.
— Spokojnie! To tylko trochę piachu — śmieje się Marh.
Marszczę brwi.
— A widziałeś ty kiedyś tak potwornie ciężki piach?
Jest go tu ze sześć szklanek, podzielonych na kilkanaście porcji w oddzielnych, opatrzonych etykietkami kapsułkach, ale ledwo daje się unieść.
— Może to tylko brak treningu… — zastanawia się przekornie Marh. — No i, oczywiście, grawitacja.
Zakładamy rękawice i dźwigamy zasobnik na półkę. Na właściwym miejscu umieścimy go w locie, o ile nie będziemy mieli ważniejszych rzeczy na głowie.
— Do diabła z tymi paskami! — pieni się Marh. — W rękawicach bokserskich nie byłoby trudniej go umocować — i zaczyna ściągać rękawice.
— Daj. Ja to zrobię. Nie zdejmuj.
— Już prawie go mam… O, tak — dociąga wszystkie pasy, gołą dłonią silnie przyciskając pojemnik do ściany. — Teraz nie spadnie.
Próbuję nim szarpnąć. Nic. Ani drgnie.
— OK. Trzyma się. Żeby tylko półka wytrzymała…
Podnosi upuszczoną rękawicę i wąską rurą korytarza z wysiłkiem wspinamy się po zamontowanej w ścianie drabince na górę, do kokpitu. Znużeni, walimy się w swoje miękkie, poziome, startowe fotele.
Leżę twarzą do góry i przed oczami mam wyświetloną na konsoli bieżącą sytuację meteo, podawaną nam z naszego orbitującego wahadłowca. Grube chmury nad nami. W kieszeni na ścianie plik kartek: wstępna dokumentacja naszej wycieczki w teren. Gdzie, kiedy i z jakiej głębokości pobraliśmy poszczególne próbki. Mam to wszystko nagrane, sięgam więc po dysk do kieszeni na rękawie, zakładam słuchawki i notuję. Kolumny uwag zapełniają się szybko.
Zerkam na zegar. Start planowany za czterdzieści minut. Przygotowaniami zajmują się Marh z Kapitanem — najstarszym wiekiem i rangą, trzecim członkiem naszej ekipy. Czwarty, nasz szef, oczekuje nas na orbicie.
Ze swojego fotela Marh spogląda sceptycznie na szybko ruszający się w moim ręku ołówek.
— Tylko pisz czytelnie. Potem nie mogę cię rozczytać — prosi. — Mógłbyś wreszcie zerwać z grafitem i raz chociaż użyć dyktafonu. Ziewa szeroko. Według pokładowego czasu dochodzi północ.
Marh zabiera się za przedstartową kontrolę silników. Sprawdza zamki drzwi śluzy oraz położenie wahadłowca. Czekamy już tylko, aby prom dostatecznie się do nas zbliżył. Wolimy nie nadkładać drogi, gdyż paliwo rozplanowane mamy co do kropelki, z niewielką rezerwą. Ja zaś kończę raport. Ostatnia pozycja — radiologiczne przebadanie próbek.
— To trzeba jeszcze zrobić — wzdycham na wpół do siebie.
— Co?
— Radiologię.
— Na zewnątrz nic nie wykryliśmy. Tylko czujniki trzeba będzie wymienić, bo trochę wariowały.
— Nie powinny — zaniepokoiłem się. — są jeszcze na gwarancji. Poza tym, dostajemy zawsze niezawodny sprzęt. Nic nie wskazały?
— Nic. Zero i osiem zer po przecinku.
— Są tu może jakieś izotopy, których nie znamy…
— Nie ma takich — śmieje się Marh.— W każdym razie nie sądzę, aby były. A ci spryciarze z Instytutu chcą tu pewnie zbudować autostradę i po to im te próbki gruntu.
Jednak obaj po cichu podejrzewamy, że chodzi tu o sensu stricto naukowe badania. Było w tej pustyni, w tym kraterze coś intrygującego.
— Mam nadzieję, że oderwiemy się bez problemów. To nas trzyma jak magnes — wzdycha Marh, wracając do swoich czynności. Komputer zadaje mu kolejne pytania z długiej, przedstartowej listy kontrolnej, a on sprawdza i odpowiada. I milczy, przeżuwając w myśli trapiące go wątpliwości. Teoria zawsze była piękna. Według niej start był dziecinną igraszką. Ciąg silników większy od iloczynu naszej masy i tutejszego przyspieszenia grawitacyjnego i — lekko jak motylek, fruniemy w przestworza. Ale nawet najpewniejsza teoria jest tylko teorią. Teoria jeszcze nikomu życia nie uratowała. Po cichu odszukuję miernik i gramolę się w dół.
— Nie poślizgnij się. Szybko się rozpędzisz — przypomina o grawitacji Marh.
Schodząc czuję się, jakby ktoś wisiał mi na plecach i z całej siły próbował ściągnąć mnie z drabinki. Boli mnie już kark od dźwigania głowy. Ręce dosłownie opadają. Znalazłszy się wreszcie na dole, przy półce z zasobnikiem, kładę się na podłodze, by ulżyć umęczonemu kręgosłupowi. Włączam czujnik, wędruję po poszczególnych długościach fal. Piach zdaje się być niczym więcej, tylko piachem.
Miernik niezmiennie wskazuje zero. Wsadzam więc sobie to urządzenie za pas i ruszam na górę. Światło gaśnie za mną automatycznie.
— Czy już się ogrzał? — pyta mimochodem Marh.
— Jak to: ogrzał?
— Czy przyjął temperaturę otoczenia. Gdyśmy go pobierali, miał minus pięćdziesiąt stopni. Tyle, co na zewnątrz.
Przypominam sobie podświadomie odczuwany podczas pomiarów chłód. Takie dziwne uczucie, na które początkowo nie zwróciłem uwagi.
— Nie wiem… Nie sprawdzałem. W ogóle, na dole jest dość zimno.
— Ziębił mi dłonie, gdy go dotykałem. Nawet przez rękawice. A tobie nie?
Wzruszam ramionami.
— Zdąży się jeszcze ogrzać. — Wobec zaprzątającego moje myśli bliskiego startu, ten problem nie wydaje się palący.
Po godzinie jesteśmy już w drodze. Nasze obawy dotyczące startu szczęśliwie nie ziszczają się. Poza silnymi wibracjami od nadmiernie obciążonych silników oraz lekką turbulencją w wyższych warstwach tutejszej troposfery obywa się bez sensacji. Gdy tylko pozbywamy się napędów i zbiorników pierwszego stopnia, wygaszamy światła w kabinie i leżąc w fotelu, przez dziewięć warstw szyb mojego okienka wypatruję na granatowym niebie jasnego punktu — naszego promu, zaparkowanego na orbicie gdzieś w tej okolicy. Konkretnie — gdzie, wie nasz komputer. Prowadzi nas do niego jak po sznurku.
— Koniec przyspieszania — dobiega nas głos Kapitana z górnego kokpitu. — Mamy pierwszą kosmiczną.
I nagle zapada cisza. Ustaje dudnienie pchających nas kiloton.
— Myślałem, że nigdy jej nie osiągniemy — Marh kręci głową, ale jednocześnie uśmiech błąka się po pokrytej dwudniowym zarostem twarzy. Patrzę na zegarek. Za pięć minut zaczniemy się naprowadzać na wahadłowiec. Jeszcze raz patrzę w dół. Przysłonięte rzadkim falowym cirrusem, spogląda na mnie oko pustyni, idealnie okrągłe, ze źrenicą “naszego” krateru po środku. W panującym już tam, na dole, mroku, odcina się szarością od czerni skał otaczającego ją pustkowia.
Szum w słuchawkach. Maczek na zawieszonym przede mną ekranie. Marh bezskutecznie usiłuje połączyć się z Klogiem — naszym szefem.
— Chyba dopiszemy antenę do listy usterek — wzdycha.
Wściekle kręci pokrętłami strojenia. Sprawa jest poważna: łączność. Mimo to nie panikujemy.
— Nie powinna była siąść! Przecież to potrójny system.
— Widać system jest w porządku. Pewnie jakieś zaburzenia…
— Bzdura! Nic nie wykrywamy; zobacz tylko te czujniki.
Patrzę posłusznie.
— To niczego nie dowodzi — upieram się. Niepotrzebnie, bo Marh i tak jest już porządnie zdenerwowany. Poniewczasie gryzę się w język. Mój przyjaciel pieni się niemiłosiernie. Uspokaja się trochę dopiero, gdy łapiemy fonię. Słabą, ale i tak diametralnie zmienia to nasze położenie.
— Co się u was dzieje? — pyta Klog.
— Nie mamy obrazu.
Chwila milczenia…
— W ogóle?!
Potwierdzamy.
— Ja odbieram was bez problemu. Jak wasze paliwo?
Starczy na dwie i pół godziny manewrowania — podaję z kwaśną miną.
— Oczywiście, …est do tego rezerwa…?
— Nie… to znaczy, razem z rezerwą, te dwie i pół godziny.
Szef też jest na mnie wkurzony.
— To bardzo proszę podawać precyzyjnie!
— Przepraszam.
Mamy świadomość, że jeżeli wszystko pójdzie gładko, połączymy się choćby i w kwadrans. Ale jeden kłopot już mamy — brak wizji.
— Słychać nas na pewno dobrze?
— …dealnie — potwierdza Klog. — Dziesięć na dziesięć.
— My słyszymy cię najwyżej cztery na dziesięć.
— Trudn…— trzeszczy szef. — Uwaga, rozpoczy…amy zaraz manewrowanie.
W skupieniu patrzymy na zegar i dalmierze. Mijają sekundy. To mnie przypada główna rola w tej scenie. Oto jesteśmy dokładnie na pułapie promu.
— Zaczynamy — oznajmiam i podaję odległość od promu: — pięćset czterdzieści.
— …ćset czterdzieści — potwierdzają słuchawki.
Widzę prom przez moje okienko. Mały, świecący punkcik na lewo od toru naszego lotu. Nasze drogi mają się przeciąć gdzieś daleko przed nami. Na razie lecimy prawie równolegle. A jednak, odległość między nami z wolna topnieje. Marh włącza znajdujący się pomiędzy naszymi fotelami mały monitor. Będzie nam pomagał przy zbliżaniu.
— Ustalcie prędkość — poleca Kapitan.
— Prędkość ustalona — potwierdza Marh.
Dalmierze pracują. Efekty — widoczne na ekranie: dwie proste przecinające się pod niewielkim kątem, na jednej — niebieski koralik, czyli prom, na drugiej — czerwony. To my. Oba suną jednostajnie ku punktowi przecięcia prostych.
— Odległość trzysta osiemdziesiąt.
— …sta osiemdziesiąt.
— Prom, powtórz.
Szum. Marh patrzy na mnie niepewnie.
— Prom, powtórz ostatni meldunek — słyszymy Kapitana w słuchawkach.
— …ędkość trzysta …siemdzie…ąt.
Sprawy się komplikują, bo komplikuje się łączność. Z każdą minutą jest gorzej. Naradzamy się chwilę z Kapitanem i Marh melduje:
— Obieramy procedurę zbliżania i łączenia się według scenariusza o ograniczonym braku łączności. Komputer zbliżania działa sprawnie. Silniki bez uwag. Odezwiemy się w razie konieczności. Bez odbioru.
Klog potwierdza trzykrotnym impulsem nadawania i milknie. Patrzymy po sobie. Teraz jesteśmy wyłącznymi panami swojego losu.
Komputer brzęczykiem przypomina nam o naszych obowiązkach.
— Uwaga, będziemy hamować — zapowiada Marh.
Rozluźniam się. Może nieco za bardzo.
— Gotów.
Czuję, jak opóźnienie unosi mnie w fotelu. Niezbyt silnie, bo silniki manewrowe są słabe w porównaniu z masą modułu. Prędkość spada.
Po tej korekcie komputer sam wyłącza odrzut. Znów lecimy w ciszy. Szumią tylko urządzenie pokładowe: klimatyzacja, chłodzenie aparatury.
— Zimno coś.
— Oj, tak. — dopiero teraz dociera do mojej świadomości, że znacznie się ochłodziło w kokpicie.
— Chłopcy, nie pilnujecie położenia — karci nas protekcjonalnie Kapitan. Jego głos jest miękki, ale bynajmniej nie chodzi tu o drobiazg. — Napytacie sobie biedy, jak będziemy tam za wcześnie.
Kolejny problem. Mamy prędkość taką samą, jak prom, ale on jest dalej niż my od miejsca rendezvous. Musimy więc skręcić nieco w jego stronę, by skrócić mu drogę. Komputer radzi impuls trzydzieści sześć setnych sekundy. Tymczasem zostawiamy w tyle kolejne kilometry.
— Na co czekacie, korygujcie — ponagla Kapitan.
Otwieram paliwo i obwieszczam głośno, co robię:
— Kropka trzydzieści sześć na prawy silnik.
— Szybciej.
Ja rozpoczynam impuls, komputer po odpowiednim czasie zamyka. Tym razem było to tylko krótkie kopnięcie. Kontroluję trajektorie. Teraz w porządku. Z satysfakcją odczytuję na głos błąd, choć i tak wszyscy mają go przed nosem:
— Różnica odległości — dziewięć dziesięciotysięcznych procenta.
— Ładnie — chwali Kapitan. Nie wiem tylko — czy mnie, czy komputer.
Wyglądam przez iluminator. Wahadłowiec widać już nieco wyraźniej. Dla gołego oka ciągle jest jednak tylko punkcikiem. Zerkam na wskazania dalmierza i widzę, że dzieli nas jeszcze całe sto osiemdziesiąt kilometrów. Ale zbliża się piorunująco szybko.
— Teoretyczny czas do spotkania — pięć minut.
To znaczy, że jeżeli nie rozpoczniemy przedostatniej fazy lotu, to za pięć minut zderzymy się z wahadłowcem ze względną prędkością około sześciuset kilometrów na godzinę.
— Zaczynamy uzgadnianie torów lotu — melduje Marh i włącza silniki odchylające. Czujemy słabiutką siłę odśrodkową. Lecimy po okręgu o promieniu wielu setek kilometrów. Wahadłowiec zbliża się do nas coraz wolniej. Gdy zupełnie przestanie, mamy się znajdować o kilkaset metrów od siebie i lecieć równolegle.
Śledzimy więc z niepokojem spadek odległości, Marh reguluje jego prędkość silnikami, a ja wyglądam przez okienko i… szczękam zębami z zimna. Podświadomie czuję, że to nienormalne, ale głowę mam zaprzątniętą ważniejszymi sprawami.
Wahadłowiec wisi nieruchomo w przestrzeni, jak wielki, biały nietoperz. Wschodzące zza planety słońce odbija się ognistą pręgą na jego lustrzanym grzbiecie. W głębokim cieniu kadłuba mrugają tylko regularnie trzy błękitne pozycyjne lampy na górnej powierzchni skrzydeł. Przez swój iluminator widzę, że w kokpicie pali się światło.
Powoli okrążamy go. Schodzimy coraz niżej i widzimy wreszcie rysujące się pod jego brzuchem kontury otwartych drzwi naszego luku. Biegną prawie od samych silników, aż do połowy długości kadłuba — długi, prostokątny otwór, w który mamy się wpasować.
— To nie problem — mówi Marh. To jego ulubiona część manewrowania. — Jesteśmy prawie w domu. Kwestia zaparkowania we własnym garażu.
— Mnie to się tak nie kojarzy — śmieje się Kapitan, gdy zachodzimy smukłe cielsko od tyłu i suniemy niespiesznie w kierunku ciemniejącego otworu. Nagle wejście do luku rozbłyska dziesiątkami świateł — Klog wskazuje nam drogę. Krawędzie luku płoną czerwienią, wnętrze zalewa niebieska poświata.
— Lepiej późno, niż wcale — szepcze do mnie Marh. Widać jednak, że jest zadowolony. — Żeby jeszcze nie to zimno…
Marzniemy wręcz, podczas gdy powinna tu panować temperatura pokojowa. Opatulam się szczelniej kurtą, ręce grabieją, a tu trzeba sterować. Patrzę na termometr i przerażam się lekko: jedenaście stopni, zamiast przepisowych dwudziestu trzech. Jesteśmy pod promem, nad nami drzwi luku. Wszystkie ekrany przekazują teraz obraz z kamer. Bardzo chcemy uniknąć stłuczek. Marh daje leciutki impulsik i jedziemy w górę. Wszystko idzie pięknie, celujemy dokładnie w środek ładowni. Ociężale, ostrożnie wprowadzamy moduł do wnętrza kadłuba wahadłowca. Żeby tylko go nie uszkodzić, żeby zrobić to jak najdelikatniej. “Nie wiem, jak wam przetłumaczyć, że trzeba to robić uważnie”, mawiał do nas na zajęciach instruktor z Ośrodka Szkolenia IMM na Stacji, dość młody pułkownik z Marynarki Międzyplanetarnej. “Nie chciałbym być niesmaczny, ale dla dobra sprawy musicie sobie wyobrazić, że statek, w który wchodzicie, to nie kawał stali, ale droga wam osoba, oraz że rzecz nie dzieje się w otwartej przestrzeni, tylko w waszym łóżku, i to, co wprowadzacie, nie jest bynajmniej podjednostką latającą. A więc delikatnie trzeba, panowie, bardzo delikatnie…” Ta wypowiedź jakoś szczególnie utkwiła mi w pamięci.
— Uuuwaaaaaga, kontra! — relacjonuje Marh.
Dokładnie w chwili, gdy dajemy hamujący impuls silnikami, następuje lekki wstrząs i stuk. Detektory pola magnetycznego donoszą, że trzymają nas już mocno blokady magnetyczne promu. Burza oklasków na pokładzie: stoimy! Przez moje okienko widzę odległą o trzy metry rzęsiście oświetloną wewnętrzną ścianę ładowni. Naszą radość chłodzi tylko jedna rzecz — temperatura. Plus osiem stopni.
— Siadło ogrzewanie, czy co? — niepokoi się Kapitan.
Na pewno nie. Przyrządy utrzymują, że ogrzewanie w porządku.
— Mamy chyba na pokładzie otwartą lodówkę — mruczę sennie, dygocząc z zimna.
— Nie martw się — pociesza mnie Marh. — Za pół godziny będziesz się grzał w ciepełku własnego śpiwora.
Włącza się Klog, teraz już przez telefon pokładowy.
— Gratuluję misji. Wrota pod wami zamknięte, wbijajcie się w kombinezony i do mnie na herbatę. Piach zostaje w module.
Nawet on jest wyraźnie w dobrym humorze. Rzadko mu się to zdarzało.
Ze względów oszczędnościowych, ładownia nie jest klimatyzowana — panuje w niej próżnia. Pakujemy się więc wszyscy w prowadzącą pomiędzy pustawymi obecnie zbiornikami paliwa rurę korytarza wiodącą do pomieszczenia, z którego przechodzi się do śluzy. W ściennych gablotach czekają tam na nas skafandry. Kapitan też wyłazi ze swojej kabiny i ściska nam dłonie. Nie widzieliśmy go od naszego wyjścia w teren. Wygląda na zmęczonego.
— Zjadłbym coś — wzdycha.
Ten sam korytarz, którym przed kilkoma godzinami wspinałem się z wysiłkiem, pokonuję bez najmniejszego trudu. I dzwonię zębami. Im bliżej przedsionka śluzy, tym zimniej. Wydycham parę, która skrapla się na ścianach. Powietrze jest ostre. Czuję się jak nurek, który zstępuje w coraz głębsze warstwy górskiego jeziora. Postępujący za mną Marh też odczuwa dotkliwie te zmiany — kicha raz po raz.
Wkraczam — chociaż to może nieodpowiedni termin, bo poruszam się odpychając się od ścian — do przedsionka i wszystko staje się jasne.
Ściana dookoła pojemnika z próbkami gruntu pokryta jest szronem. Sam pojemnik przymarzł do półki i lśni srebrzyście kryształkami lodu.
(c.d.n. 16 stycznia)