Ostry, przerywany dźwięk przebija się przez grube filtry snu, przenika boleśnie do świadomości, burzy sielankową wizję snutą leniwie przez odpoczywający umysł. Ten broni się przed intruzem, chciałby jeszcze przedłużyć błogostan, lecz wibrujący, głęboki gwizd tnie bezlitośnie naprędce sklejane wątki. Sen znika. Boli mnie głowa, a w uszach wciąż mam męczące echo alarmowego brzęczyka. Przez przymknięte, ciężkie powieki sączy się jasność — alarm zapalił w kabinie światło. Z wysiłkiem otwieram oczy i zaraz mrużę je od blasku.
Marh wypina się z pionowego śpiwora. Łapie dryfującą pod sufitem poduszkę i upycha ją w jego kieszeni.
Alarm to alarm. Trzeba oprzytomnieć. Wymacuję na magnetycznej półce pojemnik o metalowym denku i sączę musujący napój. Spływa przełykiem, likwiduje cierpki posmak nocy w ustach i rozbudza mnie ostatecznie. W międzyczasie naciągam na siebie sweter i szczękając zębami pakuję się w ślad za Marhem w prowadzący do kokpitu korytarz.
Po drodze kolega mój rzuca mięsem, aż uszy puchną. Zerkam na zegarek: trzecia po północy pokładowego czasu.
— Szybciej — popędza nas Kapitan, gdy wpadamy do kabiny. — Na miejsca i zapiąć pasy. Skręcamy.
— Co to było? — pyta ciągle jeszcze śpiący Marh.
— Wezwanie pomocy. Prawie na naszym kursie. To trzeba sprawdzić.
— Za kwadrans złapiemy kontakt wzrokowy — informuje Szef.
Wszystko po staremu — znów jest nachmurzony.
Jak długo latam, nie przydarzyło mi się kogoś ratować. Cóż, czasy się zmieniają. Ruch w Galaktyce coraz większy, to i o wypadek nie trudno.
— Nadali tylko wezwanie? — dopytuję się.
— Tak. Od razu odpowiedzieliśmy. Ale mogli nie usłyszeć, bo ciągle nadają.
Kiwam głową. Mogą mieć przecież zepsuty odbiornik. Albo może ich tam po prostu nie być.
— Zapnijcie wreszcie te pasy, panowie, bo przechodzimy na sterowanie ręczne. Z symulacją trajektorii.
Na przednich szybach wiatrochronu kokpitu, pomiędzy gęsto rozsianymi gwiazdami, pojawia się szlak pomarańczowych punktów, które kolejno znikają za nami, w miarę, jak je mijamy. W oddali zlewają się zaś w ciągłą, czerwoną linię. Prowadzi ona prosto i dopiero gdzieś daleko skręca w bok. Zakręt ten przybliża się jednak szybko. Szef przepisowo przypomina o pasach i zanim wchodzimy w łagodny łuk wirażu, przechyla prom o ćwierć obrotu tak, że przyspieszenie dośrodkowe wgniata nas prostopadle w siedzenia foteli. Kręgosłup, odwykły od przenoszenia jakichkolwiek obciążeń, nie wytrzymuje wyprostowanej postawy i opadam bezsilnie na oparcie. Odchylam do tyłu głowę i przymknąwszy oczy, czekam na koniec zakrętu.
Klog staje na głowie, byśmy lecieli dokładnie po naszej symulowanej autostradzie. Nie robi tego z gracją i rzuca nami niemiłosiernie, gdy daje poprawki bocznymi silnikami. I wreszcie wychodzimy na prostą.
— Jaka to kategoria wezwania? — pyta Marh.
— To już pan powinien pierwszy wiedzieć — irytuje się Szef.
— Transportowiec? Prom?
— Kapsuła.
Patrzymy po sobie w milczeniu. Nurtują nas niewesołe podejrzenia. Kapsuła może wysyłać sygnały nawet, gdy na pokładzie nie ma już żywej duszy. Wszyscy o tym wiemy i zdajemy sobie sprawę, że może ona tak już dryfować przez dziesiątki lat.
— Boję się, że nic tam nie znajdziemy — wzdycha Marh.
— Pociesz się, że jeżeli nadaje, to jest jeszcze hermetyczna.
— Ale wystrzelono ją chyba dawno. Ostatnio nic się nie rozbiło.
— Jeżeli to się stało niedawno, to biuletyny mogą o tym nic nie wiedzieć — zauważa Kapitan. Jednak w jego głosie dźwięczy nuta niepewności.
Rozkładam sobie z poręczy konsolę i szperam w biuletynach. Chcę się dowiedzieć, jakie jednostki znajdują się obecnie na misjach. Marh też zerka na monitor archiwum. Przeskakuję opcję ‘Log’, gigantyczny zbiór ‘Mapy’ i wyrzucam na ekran ostatni biuletyn. Przelatuję wzrokiem kolejne rzucane na wyświetlacz strony. W końcu — znajduję. Pokazuję listę wzrokiem Marhowi.
Ruch jest niewielki. Poza Stacją przebywa piętnaście suborbitalnych kutrów, jakieś dwa statki handlowe, jak zwykle w tym miesiącu — prom pasażerski lecący na Ziemię, ale ten musi być już bardzo daleko. Wyruszył dwa tygodnie temu, kierując się zresztą w zupełnie inną stronę niż my. Poza liczną gromadą pojazdów lokalnego zaopatrzenia i komunikacji międzystacjonarnej, odnotowani jesteśmy jeszcze tylko my. Marh wzrusza ramionami.
— Może sprawdź inne stacje.
— Mam tylko cztery ostatnie biuletyny spoza orbity. Jeden z laboratorium przy CF, ale oni mają tylko jednego grata, starszy rocznik niż nasz Saggitarius, mówię ci, bałbym się nim latać choćby do sąsiadów z wizytą.
— Mówisz o Perle?
— Tak, dokładnie.
— Ona nawet nie została dopuszczona do ruchu hiperorbitalnego, a co dopiero do takich odległości…
— Tu ich więc raczej być nie powinno. Pozostaje jeszcze Instytut Wojskowy, ale oni wydają tylko wewnętrzne biuletyny, i to kodowane.
— I wiecie już, co mogłoby to być? — odwraca się z przedniego fotela Kapitan.
— Niestety, nie. Albo z któregoś z kutrów…
— Raczej nie. Nie ten zasięg.
— … albo z Instytutu Wojskowego.
— Od nas nic?
— Z naszej Stacji? Nie sądzę.
Prujemy po pomarańczowej nitce autostrady. Wreszcie cel wchodzi w zasięg kamer. Przed naszymi oczami pojawia się na monitorze samotna, wolno obracająca się kapsuła. Jest kiepsko oświetlona i widać tylko jej zarysy — mdłe światło gwiazd rzuca matowy blask na jej szare, skorodowane burty. Pod obrazem pojawia się podpis — komputer zidentyfikował typ kapsuły. To moduł ratunkowy z wojskowego statku średniego zasięgu. Nie widać jednak jej bocznych numerów i nadal nie wiemy dokładnie, z jakiej jednostki pochodzi.
Trzy godziny później kapsuła, jak opasły wieloryb, spoczywa w naszym bocznym, awaryjnym luku, hermetycznie zamkniętym i klimatyzowanym. Lewitujemy przed nią we czterech, wahadłowiec zaś mknie dalej swoją starą, prostą drogą do domu. Panuje grobowa cisza. Udziela mi się pogrzebowy nastrój i z przygnębieniem patrzę, jak Szef odbija małą, czerwoną płytkę na okrągłym włazie — datownik jego zamknięcia. Wzdycha ciężko, gdy pokazuje nam wybitą na nim datę sprzed ponad ośmiu miesięcy. Psychicznie przygotowuję się na szok. Właściwie nie chciałbym być obecny przy otwieraniu. Wolałbym, aby opowiedział mi o tym Marh, gdy już zawiniemy na Stację, gdy minie okres psychofizycznej rekonwalescencji i spotkamy się na przykład w Orbit Cafe pewnego słonecznego, niedzielnego popołudnia. Bo chciałbym, aby drukowane w dziennikach całej Federacji imiona tych, którzy znajdują się tam, w środku, kojarzyły mi się raczej z przykrytymi flagą sarkofagami z prawdziwego drewna, z wnętrzem katedry i lasem proporców niż z tym, co czeka teraz na nas w zatęchłym, zamkniętym od ośmiu miesięcy ciasnym wnętrzu.
Kapsuła jest spora. Ciasno weszła do luku, wbrew przepisom blokując nasz własny moduł ratunkowy, i trzeba było zdemontować większość zagracających luk poręczy i siłowników. Dlatego trwało to aż tak długo.
— Jeżeli tam panuje normalne ciśnienie, wszystko pójdzie dobrze — zastanawia się Szef. — Ale jeżeli jest inaczej, to po nas.
Przeciskając się między ścianami a burtą kapsuły, oglądam ją ze wszystkich stron. Nie spieszy nam się — formalnie więc po raz kolejny łamiemy przepisy bezpieczeństwa, nakazujące pośpiech. Na nic jednak nie liczymy.
Tytanowo-ceramiczna powierzchnia jest mocno zniszczona. W miejscu, gdzie powinny znajdować się znaki rejestracyjne, widnieje duża, okrągła plama, jak rozprysk punktowej eksplozji. Przy dotyku brudzi ręce sadzą. W ogóle całą kapsułę pokrywa matowy, siarczany nalot. Upaskudziłem sobie nim rękawice.
— Nie można tak. Wkładajcie kombinezony. Jeżeli tam jest próżnia, to po otwarciu będziemy tu mieli najwyżej ćwierć atmosfery. Podporządkowujemy się rozkazowi. Wracamy dopiero po kwadransie, dysponując już własnym tlenem i ciśnieniem. Na hełmie mam małe pudełko kamery, bo według przepisów otwarcie musi być archiwizowane.
Marh odszukuje koło włazu pokrywę ręcznego otwierania drzwi i zdjąwszy ją, z wysiłkiem, ale ostrożnie, przekręca dźwignię. Przez hełm słyszę ciche, krótkie syknięcie, zdradzające istnienie niewielkiej różnicy ciśnień. Bez komplikacji, mechanizm wyciąga drzwi z tunelu włazu i odsuwa je na bok. Droga do ciemnego wnętrza stoi otworem. A ja pocę się, bo grzeje mnie nie tylko kombinezon, ale i centralne ogrzewanie luku. Kątem oka widzę wyświetlamy na okularach hełmu wskaźnik barometru. Mruga zielony, wyblakły w mocnym świetle napis: ciśnienie normalne. Odbezpieczam więc zamek szyjny hełmu i … zachłystuję się nieludzkim fetorem. Gestem powstrzymuję innych od pójścia w moje ślady.
— Co jest? — brzęczy mi niepokojem w słuchawkach.
— Śmierdzi.
— To czemu zdjąłeś bez komendy? Teraz masz za niesubordynację — mruczy Kapitan, ale Klog prosi o uciszenie się.
— Proszę założyć to z powrotem — zwraca się do mnie karcącym tonem — bo te gazy mogą być toksyczne.
Stoimy przed czarną plamą włazu i dyskutujemy. Zerkam z nieodpartą niechęcią w otwór.
— Nie sądzę. Ktoś się tam po prostu rozkłada…
Szef włącza latarkę i pierwszy zanurza się w ciemnościach. Podążamy za nim.
Półtorametrowa rura wejścia rozszerza się trochę w ciasną, także okrągłą w przekroju kabinę. Ściany pełne drzwiczek i szuflad, ciężkich, chłodzonych. To miejsce na zapasy pożywienia, według standardów mających starczyć dla czterech ludzi na rok. Same pigułki. Wszystko to pootwierane, poruszamy się więc powoli, by nie uszkodzić kombinezonów o jakąś ostrą krawędź. Wszystko opróżnione. Zastanawiam się, jak dawno skończyły się załodze zapasy. Część bocznych powierzchni pomieszczenia to ściany ogromnego zbiornika na wodę — może mieć piętnaście do dwudziestu ton pojemności. Stukam w niego. Wydaje pusty, dudniący odgłos.
Posuwamy się nieco dalej — wyłączona aparatura do uzdatniania moczu. Tu wszystko jest wyłączone. Ciemne, ciche, martwe. Podejrzewam jednak, że całą energię, jaka im zostawała, oszczędzali właśnie dla tego jednego, antyestetycznego urządzenia.
Snopy światła naszych latarek biegają po katakumbach pustych otworów na szuflady. W powietrzu fruwają jakieś śmiecie — papierki, zużyte opakowania po drażetkach. Otwieram pierwszą z brzegu szafkę. Wylatuje z niej cały ich pęk. Sparciała gumka puszcza i rozlatują mi się we wszystkie strony. Łapię je i po omacku upycham z powrotem. Posuwamy się dalej do przodu, a sekundy, w których przemierzamy w mroku kolejne metry, dłużą się jak godziny. Przed nami — przepierzenie. A za przepierzeniem…
Po lewej stronie — cztery ułożone wzdłuż ściany śpiwory, jeden obok drugiego, wszystkie puste. Ciężkie, mącone przez nas powietrze porusza ich niedopięte klapy. Poduszki tkwią powkładane w ich boczne kieszenie; jakby właściciele wyszli gdzieś tylko na moment i zamierzali wrócić wieczorem. Ale ten mikroklimat, odczuwalny nawet przez kombinezon zaduch, świadczą niezbicie, że nikt już w tych śpiworach spoczywać nie będzie.
Oni sami są po prawej stronie od wejścia. Cztery czarne, elastyczne podłużne szuflady. Ich matowa powierzchnia nie odbija światła latarek. Trzy szczelnie zamknięte; czwarta, najniżej położona, jest uchylona. Obracamy się i nachylamy nad nią.
Pot perli się na czole, bo jest gorąco. Zresztą nie, nie dlatego. Czuję uciążliwy ból rozsadzający mi głowę. Szukam przyczyny, rozluźniam wszystkie mięśnie i uświadamiam sobie, że zaciskam kurczowo szczęki. Zwalniam uścisk i czuję się lepiej. Tylko nie mogę obetrzeć spływającego do oczu potu — hełm przeszkadza.
Wszystkie cztery latarki niebieskim światłem oświetlają jej twarz. Nie mówimy ani słowa, tylko patrzymy na nią. Jest w niej spokój i tak właśnie można ją najlepiej opisać. Oczy ma zamknięte, brwi ciemne i usta lekko rozchylone, ukazujące rząd równych, białych zębów. Jest brudna, zmęczona i niedożywiona — policzki ma zapadnięte, cerę matową i suchą. I gdy tak wpatruję się w nią, coś wprowadza w moje myśli nieopisany harmider, coś budzi pogrzebaną iskrę nadziei i sprawia, że gdy po dłuższej chwili wszyscy podnoszą z niej swój wzrok i kierują światło latarek w inną stronę, ja pochylam się nad nią jeszcze bardziej i przenoszę wzrok na jej szyję i niżej, na poplamiony kombinezon na jej piersiach. To, co widzę, dławi mnie i zatrzymuje mój oddech na moment; ogarnia mnie niewypowiedziane, rozpierające uczucie radości i wątła nadzieja zamienia się w pewność: widzę, jak jej piersi regularnie, choć płytko, unoszą się i opadają. Chciałbym krzyczeć, ale głos zapadł mi się gdzieś głęboko i wydobywam z siebie tylko szept…
— Żyje…
Poprzez szyby hełmów widzę ich twarze, i, o dziwo, wszystkie zamiast na nią, skierowane są na mnie.
— Mówię, że ona żyje. Oddycha.
Wpatrują się we mnie jak w wariata.
Drżącą dłonią wystukuję w konsoli na przedramieniu kod zwalniający zamek lewej rękawicy i szarpię suwak, ściągając sztywną tkaninę z dłoni. Do kombinezonu powtórnie wdziera się odór rozkładu. Ale ja już dotykam jej szyi i wyczuwam słabe tętno.
Do nich moje słowa zdają się dopiero docierać.
— Jak to: żyje?! Przecież ona śmierdzi!
Patrzę nieprzytomnie na Marha i nie mogę pojąć jego argumentacji. — To nie ona. Tu jest jeszcze trzech…
— Ale oni są zamknięci. Nie może być ich czuć… A zresztą, niech to diabli! Leć po nosza!
Potykam się w ciemności o jakieś pulpity i kable i podążając ku wyjściu, odwracam się raz jeszcze i widzę, jak wyjmują jej wątłe ciało z foliowego grobowca.
Przemeblowaliśmy w kokpicie.
Wszystkie cztery fotele zwrócone są ku sobie, siedząc w nich można więc wygodnie wyciągnąć nogi — choć nie ma to praktycznie żadnego znaczenia w nieważkości. Teraz wypoczywamy, wpięci w nie, pijąc witaminaty z kartonów. Pod sufitem pali się jedynie mała lampka i pomieszczenie tonie w ciemności — oszczędzamy oświetlenie. Zwołana “konferencja” jest tematycznie związana z naszą nową pasażerką, która, już przeszło dwa dni w stanie śpiączki, spoczywa w śpiworze w drugiej kabinie po lewej stronie korytarza.
— Miała, dziewczyna, szczęście — mówi Marh. — Jeszcze dwa dni i byłoby po niej. Szkoda, że tym trzem się nie udało.
— Jej nic nie będzie — dodaje po chwili. — zregeneruje się, mam nadzieję. Nastąpiła odwracalna degradacja części układu pokarmowego, to przez osiem miesięcy tabletkowej diety. Ma też osłabione zęby i mięśnie szczęk. Od wczoraj jest na wysokokalorycznej odżywce i powinna niedługo z tego wyjść. No, i ma już sny.
— Chyba każdy ma jakieś sny, nawet w śpiączce, co? — wzrusza ramionami Klog.
— Nie zawsze… Ona ma zresztą coraz zdrowsze sny. Ale te wszystkie fale mózgowe to robota dla neuroanalityka, nie dla mnie.
— Więc o czym ona śni?
— Sny są objęte tajemnicą lekarską.
— Znachor się znalazł!
— A co? — śmieje się Marh. Spór jest i tak bezpodstawny, bo nawet Marh nie ma właściwego oprogramowania, aby jakkolwiek bądź zinterpretować EEG swojej “pacjentki”.
Przerywa im Kapitan.
— Gdy się obudzi, dowiemy się może czegoś bliższego o tych trzech nieszczęśnikach. I w ogóle o reszcie załogi.
— Może… — zastanawiam się. — Nie wydaje mi się, aby nam wiele powiedziała. Celu ich misji raczej nie zdradzi.
— To oficer marynarki, bądź co bądź. Dwadzieścia sześć lat! W moich czasach nie robiło się tak zawrotnych karier — wzdycha Kapitan. — Kiedy się obudzi?
— Lada godzina, moim zdaniem. Ma już prawie normalną czynność organizmu.
Marh wpatruje się w widoczne za oknem gwiazdy. Jego wzrok zdaje się je przenikać, sięgać gdzieś dalej.
— Ma masę orderów. Jak na ten wiek. Nazywa się Larisa Strauss.
— Czekamy na akces Katalogów Stacji. Nadaliśmy już do biuletynów o przechwyceniu kapsuły. Ale się rozpętało! — kręcę głową. — Tylko dzisiaj odebrałem piętnaście depesz z różnych statków.
— Trwa ogólne poszukiwanie właściciela wraku. A wojsko się zainteresowało? — pyta Marh.
— Wojsko milczy. Coś kręcą, moim zdaniem.
— Ich nigdy nic nie obchodzi. Nawet, jak tracą ludzi — z goryczą zauważa Kapitan.
Klog w zamyśleniu wpatruje się w przyrządy.
— To ich jednostka. Na pewno. Ale, jak zwykle, boją się przyznać od razu. Chcą mieć pewność. A nie nadam nawet inicjałów tej dziewczyny, dopóki to ja nie będę miał pewności — irytuje się nagle. — Jak praca nad ich logiem?
— Przejrzałem go, ale notatki są bardzo ostrożne — odpieram.
— To do niczego nas nie doprowadzi. Jeżeli nadal będzie się tak deptało Regulacje Federacyjne, to będzie więcej takich historii — Szef spogląda nagle na mnie i dodaje:
— Musicie wydusić z niej, co było przyczyną katastrofy. Ja osobiście nie zamierzam powtarzać cudzych błędów z powodu źle rozumianego prawa do tajemnicy. Poruczniku — zwraca się do Marha — czy z tych jej snów coś wynika?
— Może tak, a może nie, nie wiem. To wszystko jest niesamowicie skomplikowane. Tu, na statku, nie bardzo potrafię je odczytać, a tak na oko mogę tylko powiedzieć, że czynność mózgu ma już normalną… Po tym, co przeszła, nie męczyłbym jej pytaniami.
— Ma obowiązek udzielić nam informacji, bez względu na to, jakimi tajemnicami jest skrępowana.
— Oj, nie wiem — kwituje Marh.
— Na szarmancję znajdzie się czas później. I uważaj, bo ciebie podłączymy do tego twojego podglądacza snów. I wszystko stanie się jasne.
Marh śmieje się.
— Tylko spróbujcie! Wytoczę wam proces.
— A gdzie kolega się wybiera? — pytam go, gdyż odbija się nagle od fotela i rusza ku wyjściu.
— Muszę ją oporządzić… Nie zaglądałem do niej od dwóch godzin.
— Patrzcie go, jaki świntuch! Już ty się nie usprawiedliwiaj — żartuje Kapitan. Jemu jednemu pozwalamy z nas żartować.
Jego siwe wąsy unoszą się w szerokim uśmiechu.
— Tylko ani słowa o naszym ładunku — przypomina mu na odchodne Szef.
Patrzy na nas szeroko otwartymi oczami. To są oczy zmęczone, podkrążone, ale piękne i ciemne. Oddycha powoli, splótłszy dłonie na brzuchu. Jesteśmy tylko we troje: ja, Marh i ona. Dowództwo kazało się zawołać, gdy się ocknie, ale to się stało dopiero przed chwilą. Żaden z nas nie ma sumienia zwoływać teraz nad nią sądu.
Ona zaś próbuje dojrzeć nasze schowane w cieniu twarze. Dużo bym dał, żeby wiedzieć, co właśnie myśli. I współczuję jej jednocześnie koszmaru ośmiu miesięcy w pięciu metrach sześciennych przestrzeni. Bierze nade mną chwilowo górę bezduszna ciekawość naukowca eksperymentatora: jak czuje się człowiek uratowany wbrew wszelkiej nadziei? Jak wielka musi być radość przeżycia, gdy zatriumfowała nadzieja, mimo, że trzykroć widziało się, jak umierał człowiek zawiódłszy się na te samej nadziei, którą samemu żyło się codziennie?
Sprzątałem wczoraj kapsułę i wykończony ciężką, czterogodzinną pracą natknąłem się w jednym ze śpiworów na coś, czego jeszcze nikomu nie pokazałem. Czuję teraz ten przedmiot w mojej kieszeni i nęci mnie, by nie oddać właścicielce, by pożyczyć chociaż na chwilę i zaznać rozkoszy wchodzenia w jej najskrytsze myśli. Tylko że wiem, iż czułbym się wówczas jak gwałciciel. Na razie czuję się tylko jak złodziej. A przecież nie chodzi o wścibstwo. Chcę po prostu sprawdzić, czy nie zagraża nam to samo niebezpieczeństwo, które dla niech zakończyło się tak tragicznie. Tak przynajmniej sam sobie wmawiam.
Milczymy i mierzymy się wzrokiem. Milczenie jest niezręczne, ale nie ma go czym wypełnić. W takiej chwili słowa są cenne i starannie trzeba je dobierać.
— Gdzie jestem? — głos ma słaby, łamiący się, ale podoba mi się. Czuć w nim zdecydowanie.
Wymieniamy z Marhem spojrzenia i daje mi on do zrozumienia, że to na mnie spada obowiązek odpowiedzi. Próbuję brzmieć obojętnie, ale nie chłodno.
— Na wahadłowcu Saggitarius, numer boczny N25, ze stacji Interstel 2. Znajdziemy się tam za osiem dni.
Rozgląda się niepewnie dookoła. Ale kabina tonie w mroku.
— Jest szesnasta trzydzieści, dwunasty lipca — Czy… lepiej się pani czuje? Była pani nieprzytomna przez co najmniej siedemdziesiąt dziewięć godzin.
Marh daje mi znaki, że to zbyt duży nawał informacji dla kogoś, kto jeszcze nie wyszedł z szoku, ale ona uśmiecha się lekko.
— Dziękuję, dobrze. — Jej dłoń wędruje do szyi, jakby szukała czegoś. — Macie mój identyfikator. Nie muszę się więc przedstawiać.
Spogląda na mnie pytająco. Mimo woli unikam jej wzroku. Przedstawiam siebie i Marha. Jest zakłopotana.
— Nie zbliżajcie się za bardzo… Nie myłam się od dwóch miesięcy… Muszę się wykąpać.
Przygryzam wargę.
— To drobiazg. Naprawdę, nie jest tak źle — odpieram z zażenowaniem. — Kolega odświeżył panią nieco, gdy panią tu przynieśliśmy.
Na jej bladej twarzy pojawia się rumieniec. Zmienia temat:
— Odebraliście mój sygnał… — nie wiem, na ile jest to pytanie, a na ile stwierdzenie faktu.
— Tak. Przypadkowo tak.
— Gdzie są oni?
— Nie ruszaliśmy pani towarzyszy… Przechłodziliśmy tylko kapsułę do zera stopni. Bardzo nam przykro… — odpowiada Marh.
Milczy. Nieobecna myślami, wpatruje się w odległy punkt kabiny. Czekamy cierpliwie chwilę w tej niezręcznej ciszy.
— Jeżeli kogoś będzie pani potrzebować — mówi Marh — to proszę nas… — zerka na mnie — mnie…
— Nas — uśmiecham się słabo.
— …zawołać — kończy Marh i ociera dyskretnie pot. Wymykamy się na korytarz i dopiero tam uświadamiamy sobie, że niczego się nie dowiedzieliśmy. Młode to takie, a potrafi tak skutecznie pozbawić pewności siebie dwóch dorosłych facetów. To chyba przez to, że w tym zawodzie rzadko widujemy kobiety. No i nie jesteśmy przyzwyczajeni. Hormony górą.
— No, to trzeba wrócić — wzdycham.
— Beze mnie. Zresztą, niech kobieta od nas odpocznie.
Ściągamy więc Kapitana i Kloga. Pozdrawiają ją od wejścia, pytając o samopoczucie, na co ona odpowiada lekkim skinięciem głową. Szef przedstawia się i z miejsca pyta o najistotniejsze.
— Mam pieczę nad wahadłowcem i pytam, czy i nam zagraża to, co spowodowało katastrofę pani jednostki.
Młoda oficer patrzy na niego nieufnie. I nie odzywa się ani słowem.
— Takie jest moje prawo. Zna pani ósmy paragraf. Mam prawo wiedzieć.
— Przykro mi, ale obowiązuje mnie tajemnica wojskowa.
Szef traci cierpliwość.
— Ta tajemnica przepadła razem z pani statkiem.
— Marynarka ma również prawo do tajemnicy o katastrofie.
— Nie wobec nas, skoro zostaliśmy w to uwikłani.
— Myślałam, że ratownictwo jest bezinteresowne — patrzy na niego z uporem.
— Proszę nie komplikować niepotrzebnie sprawy. Ósmy paragraf zwalnia panią z tajemnicy.
— Nieprawda — unosi się. — Jest pan nieuczciwy, jeżeli liczy pan na moją nieznajomość przepisów. Ósmy paragraf zwalnia mnie, ale tylko w razie konieczności. A ja w tej chwili wcale nie jestem pewna, czy taka konieczność zachodzi.
— Jeżeli uważa pani, że nie ma powodu do obaw, to proszę to powiedzieć.
Nieobecnym wzrokiem wpatruje się w insygnia na jego piersi.
— Nic wam nie grozi — decyduje się po chwili. — Chyba, że…
— Chyba, że co?
— To zależy, jaka jest wasza misja… Co macie w ładowni…
— Tego wyjawić nie mogę.
— Lecicie do celu czy wracacie?
— Wracamy — odpowiada Szef.
— A można spytać, skąd?
Szef uśmiecha się wyrozumiale.
— Spytać można, ale odpowiedzi na to pani nie dostanie.
Instytut zastrzegł sobie prawo do tajemnicy. Obecnie, w czasach naukowej wojny pomiędzy ośrodkami badawczymi poszczególnych państw Federacji, na tę kwestię kładzie się w wytycznych wyjątkowy nacisk. Rok temu, jakiś admirał dostał dymisję za poruszanie utajnionych spraw w korespondencji z żoną. Nasz Szef żony nie ma, ale do emerytury chce dociągnąć na dobrze płatnym stanowisku.
— Trudno. W takim razie czuję się zwolniona z odpowiedzialności za wasze bezpieczeństwo.
Milczę z rękoma splecionymi na piersi i zastanawiam się nad rezultatami tych pertraktacji. Marh zaś z filozoficzną miną śledzi pyłki kurzu unoszące się w świetle lampy. Klog natomiast najwyraźniej uznaje, że ze strony naszego piachu nic nam nie grozi, bo macha ręką na całą sprawę.
— W porządku. Mam tylko pytanie: nie uważa pani tego za wynik sabotażu?
Strauss wzrusza ramionami.
— Nie wydaje mi się. To była eksplozja. Dwóch ludzi zginęło na miejscu, a my zdążyliśmy uciec… Ale i tak…
Grymas przelatuje przez jej twarz.
— Nie mogę teraz o tym mówić — dodaje po chwili. — Nie oglądaliście ich jeszcze?
— Nie.
— Nie róbcie tego. Sama wam powiem to, co chcecie wiedzieć. Potem zdam raport… Na razie chciałabym zostać sama.
Czynimy zadość tej prośbie.
Na korytarzu zawadzam niechcący ręką o kieszeń i przypominam sobie. Chwila wahania. Wrócić, czy udać się do siebie? Ciekawość pali i ręce świerzbią. Czuję chłód metalowej okładki. Próbuję to sobie wyperswadować. “Tajemnica korespondencji… ” “Korespondencji?! Z kim? Totalna bzdura.” “Ale to jej prywatne sprawy.” “Ona coś ukrywa. Może dowiesz się, co.” “Świństwo. Jedno wielkie świństwo. Jak ty jej spojrzysz w oczy?!” “Tylko rzucę tu okiem. Nikt się nie dowie…” “Nie masz godności.” “Ano, nie mam”, poddaję się konformistycznie własnej ciekawości z przykrą świadomością moralnej klęski i, dawszy znać Marhowi, że na chwilę się odłączam, energicznym odepchnięciem się od ściany skręcam do naszej kabiny sypialnej. Mam sucho w ustach. Zupełnie, jakbym obawiał się czyichś oczu, gaszę główne oświetlenie i przyczajam się na moment jak złodziej, upewniając się, że wszyscy są już w kokpicie. Słyszę ich głosy. Z kabiny Strauss nie dochodzi żaden dźwięk. Zapalam lampkę do czytania przy moim śpiworze. Drżą mi ręce, gdy rozwieram metalowe okładki i czuję szorstkość papieru pod palcami. Patrzę na równe, pochyłe linie pisma i czuję, jak krew pulsuje mi w skroniach. Wiem, że to ohydne. Bardziej przystoi już chyba podglądactwo, myślę sobie.
Ale wiem już, że się poddałem. Nie jestem w stanie zamknąć notesu. Wertuję nerwowo cienkie kartki. Słowa zlewają się w bezsensowne, wyrwane z kontekstu ciągi wyrazów. Próbuję się skoncentrować. “…Jednym wielkim parszywym eksperymentem losu…”, czytam. Gdzie indziej: “…by umrzeć przy zdrowych zmysłach… “. Szukam dalej. Nie mam cierpliwości zatrzymywać się na niewyraźnych akapitach. Nie wiem już, czego szukam.
Brzydzi mnie to. Mam dosyć. Nie tego szukałem. Nie chciałem wnikać w niczyje prywatne zwierzenia. Tu nie chodzi o zabawę, argumentuję w myślach. Jestem pewien, że Strauss coś ukrywa. Jej załoga nie mogła zginąć przez głupi wypadek. Nie mam żadnych poszlak, brak mi dowodów, ale mam złe przeczucia. Tylko notes może pomóc mi je potwierdzić lub rozwiać. Kto wie, zastanawiam się, może ten cały wypadek pachnie kryminałem?
Nie nadaję się jednak na śledczego. Nie potrafię. Ja tak po prostu nie mogę. Głośno zamykam notes. Miałem odwagę to czytać, powinienem mieć odwagę jej to oddać. Zastanawiając się, jakie to będzie miało konsekwencje w naszych dopiero co nawiązanych stosunkach, literalnie wylatuję na korytarz. Może powinienem po prostu wsunąć to z powrotem do kieszeni jej śpiwora w kapsule? Ale wtedy znajdzie to kto inny…
Zauważam przez otwarte drzwi kokpitu zwróconą w moją stronę twarz Kapitana i daję mu znak, że zaraz wracam. Odczekawszy, aż się odwróci, pukam cicho i wślizguję się do kabiny Strauss.
Drzemała najwyraźniej, bo przeciera sobie oczy i wpatrując się we mnie ze zdziwieniem odgarnia sobie włosy z twarzy. Gdy sięgam do kieszeni, zauważam w jej rozszerzonych źrenicach niepokój, i przeradza się on w gniew, gdy wyjmuję notatnik. Wyciągam do niej rękę, w której go trzymam, a ona spogląda to na mnie, to na niego. I nie odbiera mi go. Łowię niespokojne błyski jej oczu ponad cieniem zapadniętych policzków.
— Czytał pan?
— Nie — kłamię odruchowo. Ale, wbrew pozorom, nie lubię kłamać. — Tylko jedno zdanie. I tak nie powinienem — “przepraszam” nie przechodzi mi przez gardło.
— Tylko jedno… — uśmiecha się gorzko. — To może to pan wyrzucić.
Wiem, że właściwie nic nie powinienem już mówić. Ale mówię.
— To należy do pani. Nie mógłbym tego zatrzymać.
Uspokaja się trochę. Nie jest już taka spięta, nie miota oczami błyskawic.
— To — mówi dobitnie i spokojnie, takim tonem, jakby mi coś tłumaczyła — to pisałam, na wypadek, gdybym nie przeżyła. Ale ja żyję. Ten notes… to ja. Jeżeli coś już pan z niego uszczknął, to tak, jakby pan mnie… — szuka słów, ale nie znajduje. Mnie nagle wydaje się to wszystko takie proste.
— Zresztą nieważne — ucina gniewnie i nagłym ruchem zabiera mi notes. — Czytał pan… o nich?
Kręcę niepewnie głową.
— Nie…
Znowu zatapia we mnie brązowe oczy i pojmuje, że nic nie rozumiem. Ale jest ostrożna.
— Nie czytał pan… lub w każdym razie tak pan utrzymuje. To dobrze. Raport złożę później.
— Przepraszam — wycofuję się ku wyjściu. Powoli niknę w mroku. Nie wiem, co z tego wyniknie. Nie wiem, jak ja na nią potem spojrzę, jeżeli jest niewinna.
— Chwileczkę — osadza mnie w miejscu. — Naprawdę nie czytał pan?
— Tylko jedno zdanie — odpowiadam. — Może dwa…
— A może sto dwa. Co to było?
Wzdycham ciężko przy tym przesłuchaniu.
— O… oceanie… żaglach… i o eksperymencie… Nie wiem, czy pani kojarzy… Tak mi przykro…
Przez jej usta przewija się nikły uśmiech zakłopotania.
— Tylko to? Proszę spojrzeć mi w oczy. — Takie rozkazy lubię spełniać. Nie wiedzieć czemu, posłusznie jak dziecko spełniam jej prośbę i wiję się pod jej spojrzeniem. Ale i odczuwam w tym pewną przyjemność. Temu nie potrafię w duchu zaprzeczyć. Ona, może świadoma, co powoduje, nie potrafi ukryć swojego rozbawienia. Ale zaraz poważnieje. Ścisza głos.
— Pan musi im mówić o … tym…? — spogląda na trzymany w ręku notes.
— Nie mam prawa. Już dość pani podpadłem. — Mówiąc to oczywiście wiem, że nie uniknąłem krztyny obłudy. Źle rozumiana delikatność i lojalność może być dla moich towarzyszy wyrokiem śmierci. Ale co mam odrzec?
Ona nie odpowiada i tylko czuję na plecach jej wzrok, gdy wymykam się na korytarz. W porządku, uspokajam się, na razie jej nie zdradzę. Może to tylko prywatny, nieszkodliwy pamiętnik, pisany zamiast testamentu przez kogoś, kto utracił wszelką nadzieję na ratunek.
(c.d.n. 18 stycznia)