Gdy doniósł na miejsce ostatnie naręcze pociętych brzozowych pni, po prostu rzucił je bezładnie na wierzch starannie ułożonego sągu drewna, oparł się o niego ręką i oddychając szybko z wysiłku, powoli osunął się na ziemię, siadając w jego cieniu i przyklejając mokre plecy do ściany z szorstkich, pospiesznie ściętych polan. Sięgnął porysowaną, śliską od potu ręką i podrapał się po karku, strzepując na oślep jakiegoś wędrującego po nim insekta. Poprawił wpijającą mu się w piersi pod koszulą uprząż – nie była wygodna, ale wolał mieć jej zawartość przy sobie. Odetchnął głęboko i rozejrzał się.
Letni las stał w bezruchu. Gorącego powietrza nie mącił żaden powiew — ani tu, w podszycie, ani pośród niewysokich wierzchołków sosen. Cała polanka, na brzegu której piętrzył się ułożony z drewna prostopadłościan, usiana była plamami blasku, jaskrawo rozświetlającego dojrzałą już zieleń runa. Dzięki rzadkiej roślinności widoczność we wszystkich kierunkach była całkiem niezła, mógł sięgnąć wzrokiem aż na kilkadziesiąt metrów między stojącymi na baczność, jednakowo brązowymi pniami.
Wytarł wierzchem dłoni powoli pełznącą mu w dół po brudnym czole kroplę i wymacał w jednej z kieszeni spodni nieco zapiaszczony i wilgotny od wszechobecnego potu radiotelefon. Wyciągnął go, wybudził ze stanu uśpienia, wytarł wyświetlacz o skrawek suchej nogawki i spojrzał na ekran: brak prób połączeń ani wiadomości. Jeszcze raz powoli potoczył wzrokiem naokoło i wstał, aby spenetrować także las za swoimi plecami. Zastygł w bezruchu.
Pusto i cicho. Continue reading